Autorska płyta Mariusza Zawieruchy opowiada o cudzie życia na każdym jego etapie... W oczach Bożych jesteś cudem!

Muzykoterapia - czy wyrzucić fortepian?

Istnieje wiele rzeczy dobrych, które mogą jednocześnie — w nadmiarze
— oddziaływać na nas niekorzystnie. Sytuacja taka zachodzi w przypadku nadmiaru jedzenia,
leków, pracy, a także snu. Można zatem wywnioskować, iż najważniejsze są dla nas właściwe
ich proporcje. Jednym z wielu takich elementów jest muzyka...

Pierwszy nasz kontakt z muzyką ma miejsce już w życiu płodowym. Jeśli czytając ten artykuł słuchasz jednocześnie radia, to spróbuj na moment ustawić pokrętłem głośność na taki poziom, aby Twój sąsiad zza ściany również je słyszał. Możemy w takim wypadku mówić o głośności rzędu 60 dB (decybeli). Głośność rzędu 70—90 dB charakteryzuje pracę młota pneumatycznego. Wysłuchiwanie takiego hałasu nie należy do przyjemności. A tymczasem, już będąc w łonie matki, słuchając jej wnętrza — mieliśmy do czynienia z głośnością 70 dB, a podczas porodu — aż 100 dB!

Okazuje się, że stymulatorem sprawnej działalności OUN (ośrodkowego układu nerwowego) są właśnie sygnały dźwiękowe. Dzięki nim tak doskonale rozwija się nasz umysł w życiu płodowym. Gdyby dziecko w łonie matki miało wybierać, co woli — słuch czy wzrok — prawdopodobnie szybko opowiedziałoby się za słuchem.

Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielki i dalekosiężny wpływ mają na nas dźwięki. Oddziaływają nie tylko na korę mózgu — to działanie nie istnieje podczas naszego snu lub narkozy; działają także na układ brzeżny, twór siatkowaty i podwzgórze — bez względu na to, czy czuwamy czy też śpimy.

Często — zasypiając przed telewizorem, a wiec zupełnie nie kontrolując muzyki i treści, które docierają do naszej podświadomości — nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ wywiera to na nas!

Układ brzeżny jest odpowiedzialny za pracę większości naszych narządów wewnętrznych. Jeśli dźwięki działają na ten układ — działają również na narządy wewnętrzne. Twór siatkowaty odpowiada za pracę naszych mięśni. I znowu — skoro dźwięki oddziaływają na ów twór, muszą również mieć wpływ na stan naszych mięśni. Natomiast podwzgórze ma bezpośredni wpływ na pracę przysadki mózgowej; przysadka stymuluje wydzielanie wszystkich hormonów w gruczołach dokrewnych. A hormony te mają m. in. wpływ na nasz temperament, zamiłowania, zachowanie i stosunek do otoczenia. Dźwięki działając na podwzgórze kształtują wiec równocześnie wszystkie te elementy naszego ja. I wszystko to dzieje się niejako za naszymi plecami — nawet, gdy śpimy.

„Skoro dźwięki maja na nas tak wielki wpływ, należałoby się zastanowić, czy nie mogą nam szkodzić” — powie ktoś zapewne. I będzie to słuszny wniosek. Muzyka może mieć bowiem na nas ogromny wpływ. Ogromnie dobry lub ogromnie zły. [w górę]

Weźmy np. pod uwagę harmonię. Napięcie wytworzone w kulminacyjnych partiach utworów przez dźwięki wysokie lub niskie jest podbudowane przez harmonię: odpowiednie akordy następujące po sobie w ściśle określonej kolejności. Jednak czyste akordy zdarzają się niezwykle rzadko we współczesnej muzyce. Dzisiaj słuchamy utworów wypełnionych po brzegi dysonansami i nie razi nas to. Kompozytorzy sprytnie wplatają „obce dźwięki” do czystych akordów tak, aby było to dla nas niezauważalne. Nie zwracamy uwagi na dysonanse, ale one docierają do naszego ciała. A ono nie potrafi rozróżnić napięcia w muzyce (np. filmowej) od rzeczywistego lęku.

Również rytm — drugi element muzyki ma niewątpliwy wpływ na zdrowie i samopoczucie człowieka. Nasze ciała maja swoje własne rytmy, związane z impulsami elektrycznymi powstającymi w mózgu, z seksem, z pracą serca, płuc, żołądka. Zdarza się, że rytm zawarty w muzyce zakłóca owe naturalne rytmy. Może doprowadzić — w zależności od częstotliwości — do przyśpieszenia tętna, zdenerwowania, przeżyć seksualnych, a także — hipnotycznego snu.

O wpływie dynamiki w muzyce chyba nie muszę nikogo przekonywać. Wiedzą o tym najlepiej ci, którzy z powodu hałasu cierpią na bezsenność.

Wiemy więc, że muzyka wpływa na każdy organ naszego ciała. Wiemy też, że może być to wpływ niezwykle zgubny. Czy dobrym więc wnioskiem będzie propozycja wyrzucenia z domu fortepianu, wszelkich nagrań, kaset, płyt i dysków? Otóż — nie. Bo muzyka może mieć na nas również bardzo dobry wpływ. W Australii muzyka używana jest w celu zmniejszenia śmiertelności. Istnieją specjalne programy muzyczne dla kierowców, studentów. W wielu krajach stosuje się muzykę, by zatrzymać klienta w sklepie, czy restauracji. W USA zauważono szybszy rozwój roślin pod wpływem muzyki, odpowiednią muzykę stosuje się także na fermach, w hodowli krów, w fabrykach — wszystko po to, by zwiększyć produkcję. I daje to efekty!

Również w medycynie coraz bardziej rozpowszechnia się zastosowanie muzyki w terapii. Ma ona bowiem wpływ na system trawienny, zdolność koncentracji, pracę mózgu, ciśnienie tętnicze, układ krwionośny, podatność skóry na bodźce zewnętrzne, ilość hormonów, puls, oddech... Muzykoterapia wkracza również — jako element pomocniczy — do sal operacyjnych.

Dobre, złe wpływy... czy nie należałoby teraz podać listę utworów, których należy słuchać i drugą — z tymi, które „zakazane”? Nie zrobię tego — z wielu względów. Ta sama muzyka na każdego może oddziaływać inaczej. Wybór należy do każdego z nas.