Autorska płyta Mariusza Zawieruchy opowiada o cudzie życia na każdym jego etapie... W oczach Bożych jesteś cudem!

1. Dzień pierwszy

Właściwie nikt nie był zbyt zaskoczony tym, że uroczystość zaślubin nie rozpoczęła się w oznaczonym czasie. Jest coś takiego ze ślubami, co powoduje, że często rozpoczynają się one później. Być może dlatego, że tak wiele osób musi się przygotować. Zaproszone panny zebrały się na wyznaczonym miejscu spotkania. Zwykłemu podnieceniu podczas ostatnich przygotowań towarzyszyły szybkie spojrzenia na zegar.

„Czy jest już pan młody?”

„Nie, jeszcze nie. Ale przyjdzie”.

„Ciekawe, co go zatrzymuje?”

„Nie mam pojęcia. Zapewne wkrótce tu będzie”.

Ale pan młody nie przychodził. I nie przychodził. I nadal nie przychodził.

Suknie zaproszonych panien były nieskazitelnie czyste. Każdy włos na swoim miejscu. Każda dziewczyna niosła jasno świecącą lampę i była gotowa dołączyć do weselnego korowodu. Każda gorliwie wyglądała nadejścia pana młodego, aby można było rozpocząć uroczystość, ale on nadal nie nadchodził.

Gdy mijały minuty, a następnie godziny, dziewczęta zaczęły się niepokoić. Potem poczuły się zmęczone. Jedna po drugiej ostrożnie odkładały swoje lampy i szukały wygodnego miejsca, aby usiąść i czekać dalej. Był cichy wieczór. Miniony dzień przepełniony był pracą. W końcu wszystkie zasnęły. I nic dziwnego — była już prawie północ, a oblubieniec nie nadchodził.

O północy ktoś zawołał: „Oto przychodzi!”

Zerwały się na równe nogi. Ponownie zaczęła się gorączka ostatnich przygotowań. Ku swemu przerażeniu zauważyły, że ich lampy przygasły. Olej niemal się wyczerpał i płomienie zaczęły zanikać. Pięć panien szybko napełniło swoje lampy, ale pozostałych pięć nie miało zapasu oleju. Nie były przygotowane na tak długie oczekiwanie. I chociaż czuwały, ich migocące światełka w końcu zgasły.

„Czy któraś z was nie ma dodatkowego zapasu oleju?” Pytanie powtarzano, ale żadna z nich nie miała dodatkowego oleju. Pojawił się oblubieniec. Nadszedł czas, aby rozpocząć korowód weselny. Pięć panien, które miały olej w lampach, dołączyło do korowodu, ale pozostałych pięć, których lampy zgasły, chciało szybko znaleźć miejsce, gdzie będą mogły kupić lub pożyczyć nieco oleju.

BRAK OLEJU

Było już po północy i chociaż panny przeszukały całe miasto, nie mogły znaleźć oleju. W końcu powróciły do domu weselnego. „Nie uczestniczyłyśmy w korowodzie i uroczystości — powiedziały — ale może będziemy mogły przynajmniej wejść na wesele”.

Gdy jednak przybyły na miejsce, zastały zamknięte drzwi. Słychać było dźwięki muzyki i śmiech. Stukały, stukały wielokrotnie. W końcu drzwi otworzył sam oblubieniec.

„Wpuść nas — zawołały — miałyśmy być na weselu”. Oblubieniec przyjrzał się dziewczętom stojącym przed nim. Przypominały bardziej ulicznice niż panny młode. Ich suknie były wymięte i poplamione. Nie poznał ich. Wolno potrząsnął głową. „Przecież nawet was nie znam” — powiedział, zamykając drzwi. Dziewczęta nie weszły do weselnego domu.

NIE ZNAM WAS

To Jezus opowiedział po raz pierwszy tę historię o weselu. Możesz przeczytać ją w Piśmie Świętym w dwudziestym piątym rozdziale Ewangelii Mateusza. Starał się On zwrócić uwagę swoich słuchaczy na ważność zapoznania się z Bogiem.

Oblubieniec nie przyjął pięciu panien na ucztę weselną, ponieważ ich nie znał.

Tej samej prawdy naucza nas fragment z Ewangelii Mateusza 7,21-23. Jezus mówi tu o pewnych ludziach, którzy przyjdą w ostatnim dniu, uważając się za Jego naśladowców, ale zostaną odesłani. Powód: „Nigdy was nie znałem”.

Całe chrześcijaństwo, religia, życie wieczne dotyczy tego jednego — aby poznać Boga. W Biblii czytamy: „A to jest żywot wieczny, aby poznali ciebie, jedynego prawdziwego Boga i Jezusa Chrystusa, którego posłałeś”.

Istnieją jednak sprzeczne poglądy co do tego, jakim jest Bóg. Niektórzy mówią, że jest mściwy, zły i samowolny. Inni przedstawiają Go jako Świętego Mikołaja, którego nadrzędnym celem jest spełnianie życzeń ludzi. Inni zaś twierdzą, że jest On jak duży kwiat polny, którym można zakołysać, robić z nim, co się żywnie podoba, a on nie zrani nikogo.

Mówi się, że Bóg jest miłością, ale mówi się także o Jego gniewie, o Jego karaniu. Instytucje ubezpieczeniowe uważają klęski żywiołowe za „dzieła Boże”. Ludzie, którzy cierpią, często zadają pytanie: „Dlaczego Bóg mi to uczynił?” Kaznodzieje, z jednej strony głoszą o Bożej miłości, łasce i cierpliwości, z drugiej zaś o Jego surowym sądzie. A ci, którzy słuchają, dziwią się.

Książka ta chce ci pomóc, byś sam przekonał się, jaki naprawdę jest Bóg. Została ona napisana, aby pokazać, jak możesz się nauczyć poznawać Tego, który daje życie wieczne. Osobista wspólnota jest Bożym celem wobec każdego z nas. Pragnie On zostać naszym przyjacielem. Dzisiaj mówi do nas: „Miłością wieczną umiłowałem cię, dlatego tak długo okazywałem ci łaskę” Jr 31,3. Bóg oczekuje, że odpowiemy na Jego miłość i nawiążemy z Nim przyjaźń. Jednak, aby to uczynić, musimy się przekonać, jaki On jest naprawdę.

W JAKI SPOSÓB BÓG SIĘ OBJAWIA?

Jednym ze sposobów poznania Boga jest szukanie Jego objawienia się w przyrodzie. Mówił o tym Dawid w Psalmie 19,2: „Niebiosa opowiadają chwałę Boga, a firmament głosi dzieło rąk jego”. A w Psalmie 77,20 czytamy: „Droga twoja wiodła przez morze, a ścieżki twoje przez wielkie wody”. Natomiast w Psalmie 104,24 psalmista mówi: „O, jak liczne są dzieła twoje, Panie! Tyś wszystko mądrze uczynił: Ziemia jest pełna dóbr twoich”.

Możemy dostrzec Boga w przyrodzie. Możemy Go ujrzeć w promieniach słońca, w pięknie letniego nieba, w lekkim locie jaskółki. Możemy sobie przypominać o Nim, gdy patrzymy na pokryte śniegiem góry, porośnięte trawą i pokryte kwieciem wzgórza, czy nieoczekiwanie zakwitającą pustynię. Z przyrody możemy nauczyć się wiele o miłości Bożej.

Objawienie się Boga w przyrodzie jest ważne. Bóg poszedł tak daleko, że z siedmiu dni wyróżnił jeden, aby przypomnieć nam o swej stwórczej mocy. Możesz czytać o tym w II Księdze Mojżeszowej w rozdziale 20. Zapisano tam przykazanie, aby pamiętać o siódmym dniu, a następnie, w jedenastym wierszu, podany został tego powód: „Gdyż w sześciu dniach uczynił Pan niebo i ziemię, morze i wszystko, co w nich jest, a siódmego dnia odpoczął. Dlatego Pan pobłogosławił dzień sabatu i poświęcił go”.

Przyroda nie tylko przypomina nam o miłości Bożej i Jego trosce o wszystkie stworzenia, ale także o fakcie, że On jest Stworzycielem. My jesteśmy tylko stworzeniami. Dzień siódmy dany został jako pamiątka stworzenia. Pamiątka ta nie została dana po upadku człowieka. Była potrzebna, aby nam przypominać o naszej naturze, jako naturze stworzenia. Oto, dlaczego ten szczególny dzień kultu nie został ograniczony do pewnego tylko czasu czy narodu. Boży stosunek do stworzenia i Jego nieustanna o nie troska uczy o Jego miłości.

A KWIATY WIĘDNĄ...

Jednak przyroda ma i swoją ciemniejszą stronę. Kwiaty więdną. Wilki powalają i zabijają młode jelenie. Śnieg zimą stopniowo wywołuje głód u wielu dzikich stworzeń. Gdzie wtedy jest Boża miłość? Nawet w najpiękniejszej scenerii, jeśli przyjrzymy się ponownie, możemy zauważyć oznaki śmierci i upadku. Mimo wciąż istniejących dowodów na istnienie Boga Stworzyciela wszędzie dostrzegamy skutki grzechu. Przyroda może i przedstawia nam Boga — ale jedynie w niedoskonały sposób.

LUDZKA MIŁOŚĆ OBJAWIA MIŁOŚĆ BOŻĄ

Bóg objawia się także w więzach miłości ludzkiej. Możemy Go dostrzec patrząc na matkę tulącą w rękach swoje śpiące dziecko. Możemy widzieć Jego troskę, gdy patrzymy na ojca niosącego swego małego syna na ramionach. Możemy Go zobaczyć w nauczycielu czy pastorze, którzy poświęcają innym swój wolny czas, aby ich wysłuchać. Nieustająca tęsknota Boża za nami widoczna jest we łzach matki obecnej na egzekucji upartego kryminalisty, wciąż jej syna. Miłość Boża widoczna jest w przyjaźni i trosce przyjaciół czy osób kochających się.

W Biblii czytamy wielokrotnie o takim objawieniu się miłości Bożej. „Jak się lituje ojciec nad dziećmi, tak się lituje Pan nad tymi, którzy się go boją”, podaje psalmista w Psalmie 103. Prorok Izajasz pisze: „Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu i nie zlitować się nad dziecięciem swojego łona?” (r. 49,15), a Ewangelista Jan dodaje: „Większej miłości nikt nie ma nad tę, jak gdy kto życie swoje kładzie za przyjaciół swoich” (r. 15,13).

Ale co możemy powiedzieć o człowieku z Madery w Kalifornii, który bił swoją sześcioletnią córeczkę, ponieważ nie płakała? Bił ją tak przez pół godziny, a potem zapytała: „Tatusiu, czy mogę się napić wody?” – i umarła. Gdzie była wtedy miłość Boża? Co powiemy o maltretowanych dzieciach, dzieciach porzuconych, rozbitych domach, zerwanych przyjaźniach, złamanych sercach? Jak objawia się w nich miłość Boża? Nawet Pismo Święte przypomina nam o ograniczeniach ludzkiej miłości, gdy porównujemy ją z miłością Bożą. Prorok Izajasz (49,15) spieszy z odpowiedzią na pytanie: „Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu?”, stwierdzając: tak, może zapomnieć. Ludzka miłość może obrazować miłość Bożą — ale jedynie w niedoskonały sposób.

BIBLIA OBJAWIA BOGA

Bóg objawia się w swoim Słowie, w Biblii. Z niej dowiadujemy się, że jest On łaskawy i miłosierny, cierpliwy i pełen łaski Jon 4,2. Dowiadujemy się, że ma On upodobanie w łasce Mi 7,18 i że jest miłością 1J 4,8. Ale czy czytałeś kiedyś Biblię i napotkałeś na trudności w jej zrozumieniu? Czy zastanawiałeś się kiedyś nad Bogiem Starego Testamentu? Czy myślałeś kiedyś nad sądami, gromami i groźbami Boga Izraelitów? Nawet i w Biblii jest możliwe, że przy naszym ograniczonym zrozumieniu nie potrafimy całkowicie pojąć Boga, Jego charakteru i tego, jakim jest naprawdę. Jakże łatwo wyrobić sobie błędne wyobrażenie o Bogu, gdy patrzymy jedynie powierzchownie.

JEZUS OBJAWIA CHARAKTER BOGA

Tego, jaki jest Bóg, nie zrozumieli nawet uczniowie Jezusa. A przecież chcieli Go poznać. Możesz o tym przeczytać w czternastym rozdziale Ewangelii Jana. Filip zapytał: „Dlaczego nie pokażesz nam Ojca? Chcielibyśmy Go zobaczyć !”

Pewnego razu powiedział do mnie student:

„Bardzo lubię Jezusa, ale nie lubię Boga” .

„Dlaczego nie?”

„Ponieważ Jezus jest łagodny, a Bóg jest groźny i gniewny”.

Czy jest to prawdziwy obraz? Czy Jezus jest tym łagodnym i miłującym, Bóg Ojciec zaś groźnym, ostrym i nieprzebaczającym?

Co Jezus odpowiedział Filipowi na prośbę pokazania Boga? Powiedział: „Tak długo jestem z wami i nie poznałeś mnie, Filipie? Kto mnie widział, widział Ojca. Jestem w Ojcu, a Ojciec we mnie. Słowa, które do was mówię, nie od siebie mówię, ale Ojciec, który jest we mnie, wykonuje dzieła swoje” J 14,9.10.

Celem Jezusa było przyjście na świat, który całkowicie nie rozumiał Boga, i pokazanie światu, jaki naprawdę jest Ojciec; jaki zawsze był i jaki zawsze będzie. Najlepszym sposobem poznania Boga jest poznanie Jezusa. Życie i śmierć Jezusa dają nam najjaśniejszy obraz przedstawiający Boga. Jezus powiedział: „Gdybyście byli mnie poznali i Ojca mego byście znali”.

„PEWIEN CZŁOWIEK MIAŁ DRZEWO FIGOWE”

W 13 rozdziale Ewangelii Łukasza Jezus opowiedział przypowieść, ukazującą charakter i miłość Bożą. Zacznijmy od wiersza szóstego: „I powiedział to podobieństwo: Pewien człowiek miał figowe drzewo zasadzone w winnicy swojej i przyszedł, by szukać na nim owocu, lecz nie znalazł. I rzekł do winogrodnika: Oto od trzech lat przychodzę, by szukać na tym figowym drzewie owocu, a nie znajduję. Wytnij je, po cóż jeszcze ziemię próżno zajmuje? A tamten odpowiadając, rzecze: Panie, pozostaw je jeszcze ten rok, aż je okopię i obłożę nawozem, może wyda owoc w przyszłości, jeśli zaś nie, wytniesz je”.

Kto prowadzi ten dialog? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to Bóg, jako właściciel winnicy, mówi do Jezusa — winogrodnika. I że to Bóg mówi: „Wytnij je”, a Jezus przychodzi z pomocą i czyni wszystko, by uspokoić Boga, by prosić Go o jeszcze trochę miłosierdzia. Czy tak jest naprawdę?

Absolutnie nie. Popatrzmy ponownie na przypowieść. Jeżeli „Bóg w Chrystusie, świat z sobą pojednał" (2Kor 5,20), w takim razie Bóg w równym stopniu jest zainteresowany naszym zbawieniem. Tak więc widzimy w tej historii zarówno Ojca, jak i Syna, a prawdopodobnie także i Ducha Świętego. Widzimy dwie strony charakteru Bożego — Jego sprawiedliwość i Jego miłosierdzie. To Bóg, w osobach niebiańskiej Rodziny, zważa na sprawiedliwość i miłosierdzie. Sprawiedliwość jest bowiem niezmienną częścią charakteru Bożego — a my możemy być Mu za to tylko wdzięczni, nieprawdaż? Miłosierdzie jest także określoną częścią Jego charakteru. I za to także możemy być Mu wdzięczni.

Jezus, będąc na ziemi, wyjaśniał, że przyszedł nie po to, by „zatracać dusze ludzkie, ale je zachować” (Łk 9,56). A w Ewangelii J 3,16.17 czytamy: „Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy nie zginął, ale miał żywot wieczny. Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był przez niego zbawiony”. W jakiś sposób, w sercu Bożym, Jego miłosierdzie równe jest Jego sprawiedliwości, widzimy bowiem krzyż na samotnym wzgórzu. A przecież jednak miłosierdzie Boże nie zaprzecza Jego sprawiedliwości, bo przez krzyż widzimy połączenie się tych dwóch cech w pięknym planie zbawienia. I rok po roku, wiek za wiekiem, nadal słyszymy słowa: „Pozostaw jeszcze niepokutujących grzeszników. Pozostaw ich jeszcze przez ten rok.

Pozostaw ich, aż jeszcze popracuję nad nimi, aż jeszcze raz uczynię dla nich to, co najlepsze”. I Bóg ponownie próbuje dotrzeć do nas ze swoją miłością.

OTO MIŁOŚĆ BOŻA

Umiłowany uczeń Jezusa Jan, gdy próbował opisać wielką miłość Bożą, nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Wszystko, co potrafił zrobić, to zachęcić nas do przyjrzenia się jej: „Patrzcie, jaką miłość okazał nam Ojciec” 1J 3,1.

W jaki sposób możemy poznać miłość Bożą? Patrząc na Chrystusa. Ponieważ Jezus jest Bogiem, poznajemy miłość Bożą dzięki zapoznaniu się z Jezusem, studiowaniu Jego życia i rozważaniu Jego nauk. W Ewangelii J 1,1.2 czytamy: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga”.

Pewnego dnia w grupie moich studentów rozmawialiśmy na temat Bożej miłości. Jeden z nich podniósł rękę i zapytał: „Jeśli Bóg tak bardzo miłował świat, dlaczego nie przyszedł tu sam umrzeć? Dlaczego posłał swego syna”.

Inny student, najwidoczniej ojciec rodziny, odpowiedział: „Jeżeli masz syna, którego kochasz, to wiesz, że jest o wiele łatwiej cierpieć samemu, niż patrzeć na cierpienia swego dziecka”.

Jestem dzisiaj wdzięczny Bogu za to, że umiłował nas na tyle, by posłać największy swój dar, swego Syna, aby objawić swój charakter. Jestem wdzięczny za Jezusa, który gotów był przyjąć i złożyć swoje życie na okup za wielu. To jest dobra nowina, że serce Boga Ojca bije dla nas taką samą miłością, jak serce Jego Syna, Jezusa. A to objawiło się w Jego życiu tutaj, na ziemi. Dzisiaj możemy się radować objawieniem Bożej miłości, jakie dane nam jest w przyrodzie, w ludzkiej miłości i w Słowie Bożym. Możemy też korzystać z olbrzymiej możliwości — poznania Boga przez studiowanie życia i nauk Jezusa, w których miłość Boża jest zawsze jasno przedstawiona.

JEDNAK PO CO W OGÓLE MAMY ZNAĆ BOGA?

Nikt nie poświęci swego czasu i nie będzie się starał, by poznać Boga, czy nawiązać z Nim szczególną więź, jeśli nie odczuje takiej potrzeby. Powiedział to sam Jezus: „Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają... Nie przyszedłem bowiem wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników” (Mt 9,12.13). Nikt bowiem nie dziękuje Jezusowi za stukanie do drzwi serca ani też nie otwiera ich z gestem zaproszenia, jeżeli wcześniej nie odczuje wielkiej potrzeby wspólnoty i łączności z Nim. Nikt nie zapoznaje się osobiście z Bogiem, dopóki najpierw nie odczuje potrzeby takiego kontaktu.

A więc dlaczego potrzebujemy Boga? Jest to ważne pytanie. Moglibyśmy spróbować znaleźć odpowiedź, ze świeckiego punktu widzenia, na bazie logiki i rozumu.

Wiele lat temu, pewnego lata byłem na uczelni w San Francisco. Dziewięćdziesiąt pięć procent studentów, z którymi się zapoznałem, było przekonanych, że wszystko, co ważne w życiu, to: tu i teraz. To dość szczególne, by wierzyć, że żyjemy na tej planecie, przeżywamy nasze siedemdziesiąt lat, a potem umieramy i na tym wszystko się kończy.

Szczerze mówiąc, wcale mi tym nie zaimponowali! To nie była przecież kwestia wyboru między życiem wiecznym w niebie a życiem wiecznym w Las Vegas. Był to wybór między życiem wiecznym w niebie a „żadnym” życiem! Dlaczego właśnie na podstawie logiki i rozumu — ich tzw. oświecona wiara nie miała zbyt wiele do zaoferowania? Pomyślmy nad tym.

Przypuśćmy, że ty nie jesteś chrześcijaninem, a ja, jako chrześcijanin, przychodzę do ciebie i daję ci 50% szansy, że masz rację: nie ma niczego więcej poza „tu i teraz”, a kiedy umrzesz, wszystko się kończy. Jednak wtedy i ty musisz dać mi taką samą szansę, że to ja mam rację: że niebo jest miejscem prawdziwym i Bóg jest realną istotą. Czy takie postawienie sprawy będzie uczciwe? Przede wszystkim, mimo faktu, iż nie potrafię w dostateczny sposób wykazać istnienia Boga i nieba w „probówce laboratoryjnej”, ty również nie możesz udowodnić mi, że On nie istnieje. Czyż nie tak? Musimy się pogodzić z tym, że żaden z nas nie udowodni swojej racji.

Tak więc rozpoczynamy stawiając wszystko na jednym poziomie i podajemy sobie ręce na zgodę. Ja daję ci 50% szansy, że masz rację, jeśli ty dasz mi taką samą szansę, że to ja mam rację.

Powiedzmy, że nasze życie trwa siedemdziesiąt lat. A kiedy dojdziemy do jego końca, zauważymy, że miałeś rację — nie ma wieczności. Razem umieramy, razem zostajemy pochowani na tym samym cmentarzu. I ja niczego nie straciłem.

Teraz jednak przypuśćmy, że przy końcu naszego siedemdziesięcioletniego życia patrzymy pewnego dnia, a na wschodzie widać mały obłok, który rośnie, staje się coraz większy i większy, i nie trzeba długo czekać, a całe niebo wypełni się istotami niebiańskimi. Wygląda na to, że istnieje życie poza tym życiem, Bóg jest rzeczywistością i aniołowie także istnieją, istnieje niebo. Jezus powrócił. Co teraz powiesz, jeśli odrzuciłeś to wcześniej? Dlaczego miałbyś wszystko stracić, bo czymże jest życie tutaj w porównaniu z wiecznością?

DZIECIĘCY WYBÓR

Pewnego razu poproszono mnie, abym przemówił do dzieci, byłych przedszkolaków, które właśnie rozpoczynały naukę w szkole. Było to trudne zadanie. Wszystkie dzieci przyszły maszerując, ubrane w swoje małe, uszyte w domu fartuszki, tekturowe czapki ze zwisającym pomponem, a ja miałem powiedzieć coś bardzo odpowiedniego!

Postanowiłem, że muszę zainteresować ich moim przemówieniem, wiedziałem bowiem, że w przeciwnym razie nigdy nie utrzymam ich uwagi. Zaproponowałem im coś takiego: „Powiedzmy, że w mojej lewej ręce mam czek na sumę miliona dolarów i wypłacę je wam, gdy będziecie miały 21 lat. Natomiast w mojej prawej ręce mam dolara, którego możecie otrzymać zaraz. Co wybierzecie?” — zapytałem.

Oczyma wyobraźni mogłem zobaczyć teraz lizaki i lody czy gumy balonowe, przebiegające przez ich myśli. Starałem się więc zaapelować do nich, aby na podstawie swojej dotychczasowej wiedzy i faktu, iż właśnie rozpoczynają szkołę, dokładnie rozważyły ten poważny problem. Przewidywałem, co wybiorą, więc powstrzymywałem ich od udzielenia odpowiedzi tak długo, jak tylko potrafiłem. A kiedy w końcu poprosiłem o odpowiedź, każde z nich wybrało to samo. Dolara! I byłem pewny, sądząc po wyrazie ich twarzy, że były przekonane, iż zadowoliły mnie swoim właściwym wyborem!

Ale czy ten problem kończy się jedynie na tamtej klasie? Nie, ponieważ cały świat opiera się na tej samej zasadzie. Nazwano nas pokoleniem „teraz”, i póki nie zdamy sobie sprawy z potrzeby czegoś, co sięga poza „tu i teraz”, nadal będziemy dokonywać takiego samego wyboru, jak tamte małe dzieci.

Pewnego dnia podszedł do mnie mój tato i powiedział: „Synku, mam dla ciebie propozycję. Chcę ci dać milion dolarów” . Zacząłem się śmiać. Wiedziałem już nieco na temat stanu konta mego taty! Ale on upierał się. „Powiedzmy, że jestem milionerem i zamierzam ci dać milion dolarów. Jesteś tym zainteresowany?”

„Oczywiście” — odparłem.

„Są jednak dwa warunki” — ciągnął dalej. „Po pierwsze, musisz się zgodzić na to, że wydasz cały milion w ciągu jednego roku”.

No, wolałbym wprawdzie wydać te pieniądze w ciągu dłuższego czasu, ale lepszy milion na rok, niż nie mieć go w ogóle.

„Drugi warunek jest taki: pod koniec roku będziesz musiał umrzeć w komorze gazowej”.

Zapytałem: „Słucham?”

Powtórzył: „Pod koniec roku umrzesz. Nie ma innego wyjścia. Nie wolno ci użyć tych pieniędzy, by ukryć się na jakiejś tropikalnej wyspie. Pod koniec roku musisz umrzeć. Czy jesteś nadal tym zainteresowany?”

Powiedziałem: „Nie!”

„Dlaczego nie?”

„Ponieważ przez cały rok myślałbym o komorze gazowej, a to zepsułoby moją radość”.

Później pytałem o to wiele osób i odpowiedź była zazwyczaj taka sama. Nic dobrego w przehandlowaniu jednego roku za całe życie, nawet wtedy, gdyby to był fantastyczny rok.

MORAŁ OPOWIADANIA

Następnie tata rozpoczął długi wywód, jakiego można było się spodziewać od kaznodziei: „Wyobraź sobie teraz, że ja jestem diabłem i składam ci podobną ofertę. Daję ci siedemdziesiąt lat do spędzenia dokładnie tak, jak tylko sobie tego życzysz. Bez nakazów i bez ograniczeń. Baw się, używaj, ale przy końcu tych siedemdziesięciu lat zginiesz razem ze mną w jeziorze ognistym”.

I tato zapytał: „Jesteś zainteresowany?”

Tysiące ludzi przyjęło tę propozycję myśląc, że dokonali mądrego wyboru.

Większość z nas jest gotowa przyjąć założenie, iż głupstwem byłoby wybrać jeden rok życia, kiedy można żyć siedemdziesiąt lat, ale co powiemy o wyborze siedemdziesięciu lat, kiedy można żyć wiecznie? Odrzucenie Bożej oferty wiecznego życia jest głupią decyzją, nawet jeśli oprzemy się na logice i rozumie. Jednak tysiące ludzi odrzuca ją i nadal będzie odrzucać. Tysiące będą wybierać tymczasowe przyjemności i stracą wieczność.

SKORPION I ŻABA

Skorpion chciał przedostać się na drugą stronę rzeki, ale nie potrafił pływać. Poprosił więc żabę, aby go przeprawiła na drugą stronę.

Żaba odmówiła. „Wiem, co zrobisz — powiedziała — użądlisz mnie i utonę”.

„Nie zrobię tego” — upierał się skorpion. „Jeślibym tak zrobił, wtedy utonę wraz z tobą”.

W ten sposób przekonał żabę i zaczęli płynąć. Na środku rzeki skorpion oczywiście użądlił żabę.

Gdy już opadali na dno, żaba spytała smutno: „Dlaczego to zrobiłeś? Teraz razem musimy zginąć”.

A skorpion odparł: „Przykro mi, ale nic na to nie poradzę. Taka jest moja natura”.

NATURA CZŁOWIEKA

Z powodu swojej natury ludzie nadal dokonują głupiego wyboru, odrzucając wieczność w zamian za „tu i teraz”. Nawet wielu znakomitych ludzi tak kończy, odrzucając Bożą ofertę życia i decydując się na życie jedynie tutaj. Jesteśmy niewolnikami naszej natury, tak jak skorpion. Urodzeni w świecie grzechu, jesteśmy grzesznymi z natury. I dopóki czyniąca cuda moc Boża nie zacznie działać, żadna logika i rozum nie doprowadzą nas do przyjęcia Bożej oferty wieczności.

Wiemy, że śmierć przyszła na ludzkość od Adama. W 5 rozdziale Listu do Rzymian czytamy: „Przeto jak przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, tak i na wszystkich ludzi śmierć przyszła, bo wszyscy zgrzeszyli”. Śmierć jest zapłatą za grzech, ale przecież niemowlęta umierały, zanim jeszcze miały szansą zgrzeszyć. Dlatego wiadomo nam, że każdy od czasów Adama jest grzeszny, bez względu na to, czy grzeszy, czy też nie. Moglibyśmy wymienić wiele tekstów Pisma Świętego na ten temat, ale czy jest to konieczne? Śmierć mówi sama za siebie.

Jest jeszcze więcej znamiennych dowodów biblijnych, że urodziliśmy się grzeszni. Faktem jest też, że nikt nie może ujrzeć Królestwa Bożego, dopóki się nie narodzi na nowo, o czym możemy przeczytać w trzecim rozdziale i trzecim wersecie Ewangelii Jana. Jeśli to jest prawdą, w takim razie coś nie jest w porządku z naszym pierwszym narodzeniem. Cóż więc stało się z naszym pierwszym narodzeniem? Możemy tu odwołać się do Augustyna, twórcy klasycznej doktryny o grzechu pierworodnym. Wiele dyskutowano na ten temat. Nauczał on bowiem, że urodziliśmy się grzesznikami i jesteśmy odpowiedzialni za grzech już od urodzenia. Oznacza to, że jego doktryna powinna zostać nazwana nauką o pierworodnej winie.

Możecie mieć problem z augustiańską doktryną o grzechu pierworodnym, ale istnieje właściwa nauka biblijna na ten temat. Znajduje się ona w historycznym „Wyznaniu augsburskim”, które podaje, że urodziliśmy się w oddzieleniu od Boga. Taka jest rzeczywistość. Jednak chociaż urodziliśmy się oddzieleni od Boga, nie jesteśmy za to odpowiedzialni. Dlatego niepotrzebne są żadne praktyki czynione z dzieckiem lub dla dziecka po to, aby mogło być zbawione, ponieważ nie jest ono odpowiedzialne za urodzenie się na świecie grzechu. Nikt nie jest za to odpowiedzialny dopóty, dopóki nie ma możliwości samodzielnego zrozumienia problemu, uświadomienia sobie swego stanu i możliwości poprawy. I dopiero wtedy rozpoczyna się jego odpowiedzialność.

Taka jest biblijna koncepcja grzechu pierworodnego i jestem za nią Bogu wdzięczny. Czytamy o tym w dziewiątym i piętnastym rozdziale Ewangelii Jana, w piątym rozdziale Listu Jakuba i kilku pierwszych rozdziałach Listu do Rzymian. Bóg nigdy nie uważał nas za odpowiedzialnych za to, że urodziliśmy się w świecie grzechu. I to jest dobra nowina!

NASZE SERCE JEST JEDNAK ZŁE I NIE POTRAFIMY GO ZMIENIĆ

Gdy mówimy o grzechu pierworodnym, wcale nie mamy na myśli tego, że grzech przechodzi z jednej osoby na drugą w genach i chromosomach. Nie ma na to przekonywających dowodów. Nie, ludzie rodzą się oddzieleni od Boga. Praktycznym tego skutkiem jest człowiek egocentryczny, a to z kolei jest korzeniem wszelkich grzechów, które popełniamy Rz 8,7. Urodziliśmy się beznadziejnymi egocentrykami. I chociaż niełatwo godzimy się z myślą, że noworodek jest grzesznikiem, to nie mamy trudności z uświadomieniem sobie, że nowo narodzone dziecko jest egocentryczne!

Możemy więc przedstawić podwójną definicję grzechu — grzech w liczbie pojedynczej i grzech w liczbie mnogiej. Grzech w liczbie pojedynczej to życie każdego człowieka z dala od Boga. A grzech w liczbie mnogiej to złe rzeczy, które czynimy w wyniku życia z dala od Boga.

Grzech w liczbie pojedynczej to prowadzenie życia z dala od Boga i bez znaczenia jest to, jak dobre jest to życie. Jest wiele osób, które prowadzą życie dobre pod względem moralnym, ale z dala od Boga. Żyją w grzechu. Ich dobre życie jest grzechem. Potraficie to zrozumieć? Pisał o tym apostoł Paweł w Liście do Rzymian 14,23: „Albowiem cokolwiek nie jest z wiary, jest grzechem” (BG). Cokolwiek więc czynię, co nie wynika z kontaktu wiary z Jezusem, jest grzechem — nawet skoszenie trawnika wdowy, ponieważ jeśli jestem egocentryczny i prowadzę życie z dala od Boga, mogę kosić trawnik wdowy jedynie z samolubnych pobudek. Jest możliwe czynienie dobrych rzeczy jedynie ze złych pobudek.

Jakie są te samolubne motywy, które mobilizują mnie do skoszenia trawnika wdowy? No, powiedzmy, na przykład, że wkrótce wyjeżdżam na wakacje i mam nadzieję, że to ona będzie karmiła mojego psa podczas mojej nieobecności. A może chciałbym, by zobaczyli mnie sąsiedzi, gdy będę kosił ten trawnik, by zyskać dobrą opinię. Albo powiedzmy, że popełniłem pewien straszny grzech i chcę go odpokutować. Albo może usłyszałem gdzieś, że jej życie dobiega końca i mam nadzieję, iż będzie pamiętała o mnie w swoim testamencie. Istnieje wiele powodów skoszenia trawnika wdowy, może nawet niektórych z nich nie potrafiłbym wymienić. Sedno sprawy tkwi jednak w tym, że każdy, kto prowadzi życie z dala od Jezusa, potrafi czynić nawet dobre rzeczy ze złych, samolubnych pobudek.

To grzeszny stan ludzkości owocuje grzesznymi uczynkami bez względu na to, czy o uczynkach tych myśli się dobrze, czy źle. Człowiek grzeszy, ponieważ jest grzeszny. Wcale nie jest grzeszny, ponieważ grzeszy. Zwróćmy jeszcze raz uwagę na to, że podstawową przyczyną dopuszczania się grzechu jest oddzielenie od Boga. Nie musisz grzeszyć, aby być grzesznikiem; wszystko, co musisz uczynić, to się urodzić!

Spróbujmy to przedstawić w formie równania, przyjmijmy, że ludzkość = grzech, a sprawiedliwość = Jezus. Jezus jest jedynym, który urodził się sprawiedliwy. Z tej analogii jasno wynika, że jedyną możliwością zdobycia sprawiedliwości, oczywiście, jeżeli człowiek tylko jest nią zainteresowany, będzie ludzkość + Jezus = sprawiedliwość. Ludzkość bez Jezusa jest nadal grzeszna. Jedyna prawda o grzechu i sprawiedliwości wiąże się z tym, czy Jezus jest, czy też nie jest obecny w naszym życiu.

Rozmawialiśmy na ten temat w grupie studentów na uczelni, gdy nagle jeden z nich wyjął z kieszeni kalkulator i powiedział: „Proszę zaczekać! Mówi pan, że Jezus = sprawiedliwość wypływająca całkowicie z Niego. Potem powiedział pan, że ludzkość + Jezus = sprawiedliwość. Jeżeli jest to prawdą, w takim razie ludzkość = nic!”

Jego twarz zdradzała zakłopotanie, tak jakbym dopuścił się niesprawiedliwości względem rodzaju ludzkiego! Co mamy na myśli, gdy mówimy, że ludzkość = nic?

BEZRADNI, ALE NIE BEZ WARTOŚCI

Ludzkość równa się niczemu tak długo, jak długo mówimy na temat sprawiedliwości. A co na to Biblia? „Jako szata splugawiona są wszystkie sprawiedliwości nasze” – czytamy w proroctwie Izajasza (64,6). Ale nie oznacza to, że ludzkość jest niczym, gdy mówimy na temat wartości. Istnieje ogromna różnica pomiędzy „byciem bezradnym, gdy chodzi o wytworzenie sprawiedliwości”, a „nieposiadaniem żadnej wartości”. Nasza wartość została udowodniona, gdy Jezus przyszedł na ten mały świat, który jest pyłkiem we wszechświecie, aby wykupić ludzkość z grzechu. To mówi nam o ogromnej wartości człowieka.

Słyszałem, jak ktoś powiedział, że gdybyśmy wzięli potężną wagę i na jednej szali położyli cały świat, który waży sześć sekstylionów ton, a na drugiej maleńkie dziecko, waga przechyliłaby się na korzyść tego dziecka. Taka jest wartość człowieka. Nie musimy więc chodzić ze zwieszoną głową, możemy żyć z podniesionym czołem, ciesząc się z wartości, jaką mamy dzięki ofierze Jezusa Chrystusa. Nadal jednak nie potrafimy nic uczynić, jeśli chodzi o sprawiedliwość. Czy potrafisz dostrzec różnicę między bezsilnością a nieposiadaniem wartości?

BRAK ZAINTERESOWANIA SPRAWAMI DUCHOWYMI

Nie tylko jesteśmy bezradni w tworzeniu sprawiedliwości bez Chrystusa, ale mamy znacznie większy problem, który wypływa z faktu narodzenia się w separacji od Boga. Oznacza to, że nie interesujemy się sprawami duchowymi. Nie znajdujemy radości w społeczność z Bogiem. Faktycznie jest ona dla nas przykra. Jednym z największych dowodów na to, że człowiek nie narodził się na nowo, czyli nadal żyje z dala od Boga, jest brak zainteresowania sprawami duchowymi.

Pewnego dnia mój przyjaciel wygłaszał kazanie na temat człowieka, który dostał się do nieba przez pomyłkę. Ktoś trochę się spóźnił i nie słyszał całego kazania. Człowiek ten wyszedł potem rozpowiadając, że mówca głosił, iż jest możliwe, by ludzie dostali się do nieba przez pomyłkę, chociaż to nie było prawdą. Mówca starał się jedynie zobrazować, co by się działo z grzesznikiem, który nie narodził się na nowo, nie cieszył się z łączności z Bogiem i nie miał radości w niesamolubnej służbie dla innych, a który nagle znalazłby się w niebie. Jakże byłby biedny! Bóg pozwala na to, by ludzie odrzucający zbawienie nie znaleźli się w niebie. Czy pomyślałeś kiedyś, że jest to dowód Bożej miłości? Niebo byłoby dla nich miejscem tortur. Jedynie wtedy, gdy człowiek „narodzi się ponownie”, może znaleźć radość w sprawach duchowych.

LUDZKOŚĆ POTRZEBUJE ZBAWICIELA

Jeżeli istotą grzechu jest prowadzenie życia z dala od Boga, w takim razie na czym powinniśmy skoncentrować nasze wysiłki? Czy powinniśmy skupić się na dobrych czy na złych rzeczach, czy też może na łączności i wspólnocie ze Zbawicielem, Panem, Jezusem Chrystusem?

Jeżeli każdy człowiek na tym świecie, oprócz Jezusa, urodził się grzeszny, w takim razie każdy na tym świecie potrzebuje Zbawiciela, aby być zbawionym. Ewangelia to dobra nowina Jezusa. Jezus, nasz Zbawiciel, dał nam zbawienie na krzyżu, a przez to moc grzechu została złamana. Gdy grzesznik przyjmuje zbawienie, rodzi się na nowo, i dochodzi wtedy do największej transakcji, jakiej kiedykolwiek dokonano.

Powiedzmy, że w trakcie pewnej transakcji mam do zaoferowania moje wieczne pióro w zamian za samochód marki Cadillac Seville. Jeżeli znalazłby się ktoś z takim samochodem, kto zgodziłby się na taką transakcję, to albo byłby głupcem, albo bardzo by mnie kochał, jedno z dwojga. Byłaby to jednak niezwykła transakcja, nieprawdaż?

Biblia mówi na temat takiej transakcji w 2 Liście do Koryntian 5: „On (tzn. Bóg) tego, który nie znał grzechu (tzn. Jezusa), za nas grzechem uczynił, abyśmy w nim stali się sprawiedliwością Bożą”. Moglibyśmy trochę zmienić tu słownictwo: Albowiem Bóg sprawił, że Jezus, który nie znał grzechu, stał się dla nas grzechem, abyśmy my, którzy nie znaliśmy sprawiedliwości, mogli się stać sprawiedliwością Bożą w Nim.

Czy chciałbyś, aby Jezus, ze swymi otwartymi ramionami i przyjaznym wzrokiem przyszedł do ciebie dzisiaj i zaoferował ci całą swoją sprawiedliwość w zamian za wszystkie twoje grzechy? Czy byłbyś tym zainteresowany? Prawda jest taka. Jest to dokładnie to, co pragnie On uczynić. A przecież już na początku tej największej transakcji okazuje się, że człowiek nie ma do końca prawie żadnego w niej udziału. Jest to coś takiego, jak owa wymiana Cadillaca Seville na wieczne pióro, z zastrzeżeniem, że nie mamy nawet tego pióra! Wszystko, co mamy do wymiany za Jego sprawiedliwość, to „szaty splugawione”, jak nazywa całą naszą sprawiedliwość prorok Izajasz. Możecie dojść tylko do jednego wniosku: Ten, który proponuje ową transakcję, musi być albo wielkim głupcem, albo też musi naprawdę bardzo nas miłować.

NIEWAŻNE JEST, CO CZYNISZ, WAŻNE JEST, KOGO ZNASZ

W Liście apostoła Pawła do Efezjan znajdujemy znamienne słowa: „Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie jest z was: Boży to dar; nie z uczynków, aby się kto nie chlubił”. Paweł wielokrotnie pisał, że z uczynków zakonu nie będzie usprawiedliwiony przed Bogiem żaden człowiek. Innymi słowy, zbawienie nie zależy od tego, co ty uczynisz, ale od tego, kogo znasz. Faktycznie, żaden człowiek nie widzi konieczności poznania Boga, a zatem nie widzi konieczności poświęcenia odpowiedniej ilości czasu dla tego celu, dopóki nie zrozumie, że zbawienie opiera się na kontaktach, a nie na zachowaniu.

Jeżeli masz nadzieję na zbawienie, ale nie dostrzegasz potrzeby poznania Boga i nie uważasz za ważne spędzanie czasu z Bogiem, wtedy nadal wierzysz, że zbawienie opiera się na twoim zachowaniu. Bez względu na to, co dana osoba mówi o swojej wierze, jeżeli jest przekonana, że zbawienie i chrześcijaństwo opierają się na kontaktach z Chrystusem, wtedy kontakty te stają się celem nadrzędnym. Każdy, kto nie szuka zbawienia przez związek z Bogiem i przez poznanie Go dzięki częstym i bliskim kontaktom, jest legalistą, starającym się osiągnąć niebo własnymi uczynkami.

POZNANIE BOGA JEST RZECZĄ PODSTAWOWĄ

Kiedy zaczynamy rozumieć, że jesteśmy z natury grzesznymi, i to, co przede wszystkim powoduje grzech, możemy lepiej zrozumieć potrzebę poznania Boga. Sprawiedliwość nigdy nie jest czymś, co pojawia się samo przez się. Przychodzi ona tylko z Jezusem. Gdy przyjmuję Jezusa jako swego Zbawiciela, swego Pana i Przyjaciela, mam całą Jego sprawiedliwość, ponieważ Jego sprawiedliwość przychodzi wraz z Nim.

Jednak jest jeszcze inny powód dla którego poznanie Boga jest tak ważne. Jest ono ważne ze względu na Boga. Pomyśl o całym żalu i smutku, jaki On odczuwa przez wszystkie wieki, ponieważ grzeszni ludzie postanowili pójść własną drogą.

Jeśli naprawdę kogoś kochasz, wtedy bardziej niż czegokolwiek innego pragniesz, aby ta osoba kochała i ciebie. Bóg jest miłością, naprawdę bardzo nas miłuje, skoro proponuje zamienić nasze grzechy na pełnię Jego sprawiedliwości. Jest to dla nas fantastyczna propozycja. A dla Niego? W odpowiedzi chciałbym podzielić się pewną historią o starym Joe, dobrze to ilustrującą.

Stary Joe był niewolnikiem, gdzieś daleko, u ujścia rzeki Missisipi. Pewnego dnia znalazł się na targu niewolników, na tym samym miejscu, na którym później stał Abraham Lincoln. Patrząc na płynące łzy i złamane serca powiedział: „Jeśli kiedyś będę miał możliwość by to rozwalić, zrobię to na pewno!” Joe stał tam, chory i zmęczony widokiem rozłąki, łez i pożegnań. Postanowił, że już nigdy więcej nie będzie pracował. Był jednak na targu. Zaczęła się licytacja, Joe zaczął mamrotać pod nosem, a potem mówił już coraz głośniej: „Nie będę pracował”. Usłyszano to i licytujący zaczęli kolejno odchodzić, oprócz jednego człowieka, który w końcu zapłacił dużo pieniędzy za niewolnika, który nie chciał pracować.

Nowy pan zabrał go do swego powozu i pojechał na wieś, gdzie miał plantację. Jechał wąską drogą koło jeziora. Tuż nad jeziorem stał piękny domek, z firankami w oknach i kwiatami wzdłuż wybrukowanej ścieżki. Joe nigdy przedtem nie widział czegoś takiego.

„Czy tutaj będę mieszkał?” — zapytał.

„Tak”.

„Ale ja i tak nie będę pracował”.

„Joe, ty nie musisz pracować. Kupiłem cię, aby dać ci wolność”.

Joe padł do stóp swego dobroczyńcy i powiedział:

„Panie, zawsze będę ci służył”.

Popatrzcie na grupę grzeszników. Byli niewolnikami grzechu, bólu i śmierci. Mówią: „Nie będziemy pracowali — nie możemy!” Próbowaliście tego kiedyś? Jest to niemożliwe! Tego zrobić nie potraficie!

Jezus jednak mówi: „Nie musisz pracować. Odkupiłem cię moją własną krwią po to, aby cię uwolnić, i pragnę żyć moim życiem w tobie”.

Wiem, że On ma mieszkanie nad jeziorem, które wygląda jak szkliste morze. Jest tam wybrukowana ścieżka, są kwiaty, które nigdy nie zwiędną. On proponuje nam to wszystko, ponieważ nas miłuje. Oto, jakim On jest. A gdy zrozumiemy tę transakcję i rzeczywiście trafi ona do naszych serc, jakże chętnie będziemy Mu służyć już na zawsze.

* * *
opracowanie tekstu © 2001 R. Chalupka, A. Samusionek