Autorska płyta Mariusza Zawieruchy opowiada o cudzie życia na każdym jego etapie... W oczach Bożych jesteś cudem!

3. Dzień trzeci

Pewnego razu (to powinno ci już zasugerować, jaka to będzie historia) dwie osoby, które się kochały, postanowiły zawrzeć związek małżeński. On uważał swoją narzeczoną za najpiękniejszą i najłagodniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek spotkał, a ona uważała go za najbardziej fascynującego i przystojnego mężczyznę na całym świecie. Na początku małżeństwa, tak jak często się zdarza, mieli wielkie nadzieje i oczekiwania.

On, każdego poranka, gdy wyjeżdżał do pracy, odwlekał chwilę pożegnania, a ona machała mu ręką i patrząc za odjeżdżającym samochodem, nie wracała do domu tak długo, aż samochód zniknął za zakrętem. Wieczorami co parę minut wyglądała przez okno i witała go stojąc w progu.

Jednak po upływie pewnego czasu mąż wyjeżdżał do pracy bez śniadania, czasami wypił jedynie parę łyków czegoś gorącego i biegł do drzwi, a jego żona w tym czasie przeważnie była jeszcze w łóżku. Kiedy wieczorem wracał do domu, często zastawał ją zajętą jakąś pracą domową. „O, już jesteś w domu? Za kilka minut skończę i wtedy przygotuję kolację” — mówiła na powitanie. Małżeństwo wprawdzie nie skończyło się, ale miesiąc miodowy na pewno tak.

Aż pewnego dnia, gdy ich staż małżeński nie był jeszcze zbyt długi, młoda małżonka zajęła się szyciem. Był już prawie wieczór, więc spodziewała się, że lada chwila mąż wróci do domu i przerwie jej pracę. Jednak tak się nie stało. Gdy skończyła szycie, wzięła żelazko i wyprasowała dopiero co uszytą spódniczkę. Później zaczęła przygotowywać kolację. Jej mąż ciągle nie wracał do domu. Czekała dosyć długo, aż wreszcie sama zasiadła do kolacji, ale nie miała apetytu, martwiła się o męża, więc jedynie spróbowała jedzenia. Czas mijał, w końcu zapłakana usnęła na kanapie w pokoju stołowym. Tej nocy jej mąż nie wrócił do domu.

Przyjechał następnego dnia, wieczorem, a kiedy wszedł do domu, spytała: — Gdzie byłeś?

Popatrzył na nią zdumiony i powiedział: — O co ci chodzi?

— Pytam, gdzie byłeś ostatniej nocy?

Wyglądał na jeszcze bardziej zdumionego. — Dlaczego chcesz wiedzieć? Nie spodziewasz się chyba, że będę wracał do domu każdej nocy. Śmieszne, ale dawno czegoś takiego nie słyszałem. Tysiące żonatych ludzi spędza czas oddzielnie. Cóż więc takiego się stanie, jeśli nie przyjdę kiedyś do domu? Nie musimy być tacy drobiazgowi i nietolerancyjni w naszym małżeństwie. Wczoraj wieczorem po prostu nie czułem potrzeby wrócenia do domu. Miałem ważniejsze rzeczy do zrobienia. Mam liczne obowiązki, chyba wiesz o tym. A zazwyczaj jestem z tobą w nocy w domu. Czy to ci nie wystarcza?

— Nie, nie wystarcza! — odpowiedziała i rozpłakała się.

— Posłuchaj — powiedział już nieco łagodniej. — Moim zwyczajem w naszym małżeństwie jest to, że wracam do domu. Nie powinnaś się denerwować z powodu jakiejś tam przypadkowej nocy, którą chcę spędzić z kimś z moich przyjaciół. Nie muszę wracać do domu każdego wieczora po to, byśmy nadal byli małżonkami. Sądzę, że znacznie lepiej będzie, jeśli nie wprowadzimy do naszego związku tak legalistycznej rutyny. Czyż nie znienawidzisz tych moich powrotów, jeśli co wieczór będę przychodził do domu jedynie z przyzwyczajenia? Jeśli nie popadniemy w taką rutynę, nasze małżeństwo będzie jeszcze bardziej fascynujące.

CZY WAM SIĘ TO PODOBA?

Jeżeli jesteście ciekawi, jak kończy się ta krótka przypowieść, pozwólcie, że wam powiem, iż małżonkowie ci na pewno już nigdy nie byli szczęśliwi! Dlaczego? Dlatego, że małżeńskie ślubowanie pociąga za sobą poddanie się. I chociaż w małżeństwie są dobre i złe dni, a gorące uczucia przeplatają się z ich wyciszeniem, dobry związek dwojga ludzi nigdy nie opiera się na uczuciach, lecz na zupełnym poddaniu swego życia komuś, kogo się kocha i kto kocha ciebie.

Mówiliśmy o recepcie na pełne zadowolenia kontakty i ścisłą łączność z Bogiem. Zauważyliśmy, że podstawą pobożnego życia chrześcijanina jest poświęcenie szczególnego czasu na początku każdego dnia na szukanie Jezusa w Jego Słowie i modlitwie. Tak w małżeństwie, jak i w kontaktach z Chrystusem ważne jest poddanie się. Jeśli bowiem Mu się poddamy, będziemy Go szukali codziennie, bez względu na nasze uczucia.

A teraz przypuśćmy, że zdecydowałeś się poddać Chrystusowi w kontaktach z Nim. Przypuśćmy, że postanowiłeś przeznaczyć najbardziej odpowiedni czas w ciągu dnia na poznawanie Boga. Jaki będzie tego skutek?

Jeśli podejmiesz taką decyzję, zanim narodziłeś się na nowo, gdy nie jesteś jeszcze nawrócony, możliwe są dwa skutki. Przede wszystkim może to być jedynie bezowocne zmaganie się, bowiem tylko z nowonarodzeniem budzi się pragnienie rzeczy duchowych. Możliwe jest jednak i to, że nawiążemy kontakt z Chrystusem i zauważymy, że przez patrzenie na Jezusa i Jego miłość zostaliśmy doprowadzeni do nawrócenia.

Druga możliwość to całkowita frustracja nienawróconej osoby, która czyni starania, aby prowadzić pobożne życie. Czynnikiem, jaki powoduje różnicę między tymi dwiema możliwościami, jest odczuwanie potrzeby. Jezus powiedział: „Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają”. Odczuwanie potrzeby czyni tę różnicę.

PO NOWONARODZENIU

Przed człowiekiem, który się narodził na nowo i pragnie wspólnoty z Chrystusem, otwierają się również dwie możliwości. Kontakty z Nim mogą być coraz bliższe i mieć coraz większe znaczenie, ale mogą być też coraz luźniejsze. I znów tym, co czyni różnicę, jest odczuwanie potrzeby. Przed nawróceniem odczucie potrzeby powstaje często z powodu życiowych ciosów. Ale jak to jest po nawróceniu? Skąd bierze się w nas i pozostaje to odczucie potrzeby? W tej sprawie chciałbym dodać jedną rzecz, której nie umieściłem na recepcie na życie duchowe. Opuściłem chrześcijańskie świadczenie. A był ku temu powód.

Po pierwsze, żeby być świadkiem, musisz mieć coś do powiedzenia. Przypuśćmy, że zostałeś wezwany, aby świadczyć przed sądem, a kiedy zostałeś zaprzysiężony i zająłeś miejsce dla świadków, sędzia zwraca się do ciebie z pytaniem:

„Gdzie pan był w tym czasie, gdy popełniono przestępstwo?”

„Byłem w domu, w łóżku, spałem” — mówisz.

„A czy pan coś słyszał lub widział?” — pyta dalej sędzia.

„Nie, Wysoki Sądzie, powiedziałem już, że wtedy spałem. Nie wiedziałem nawet, że coś się stało, dowiedziałem się o tym dopiero rano” — odpowiadasz.

„I pan chce być świadkiem?” — dziwi się sędzia.

Wyrzuciłby cię z sądu!

Czasami przywódcy Kościołów chrześcijańskich uważają, że gdyby każdy ich wyznawca był zaangażowany w świadczenie na zewnątrz, to przyniosłoby to ożywienie i odnowę życia duchowego. Jednak pierwszym warunkiem, żeby być świadkiem, jest posiadanie czegoś osobistego o czym można świadczyć. Nie możemy być świadkami, jeśli znamy tylko pogłoski, czy mamy zasłyszane informacje. Świadczenie wymaga osobistej wiedzy i doświadczenia. Dlatego prawdziwe świadczenie może mieć miejsce tylko wtedy, gdy człowiek ma osobisty kontakt z Chrystusem.

ŚWIADCZENIE: PRZYCZYNA I SKUTEK

A przecież świadczenie jest zarówno przyczyną, jak i skutkiem życia chrześcijańskiego. Może lepiej byłoby powiedzieć, że świadczenie jest skutkiem i przyczyną życia chrześcijańskiego, bowiem nie możemy świadczyć tak długo, aż sami nie będziemy mieli czegoś do powiedzenia. Jednak gdy angażujemy się w świadczenie i docieramy do innych, budzi się w nas większa świadomość tej potrzeby, odczuwamy pragnienie modlitwy, i w ten sposób następuje ożywienie naszych kontaktów z Bogiem. Nabierają one szczególnego dla nas znaczenia. Oto dlaczego Bóg obdarzył nas przywilejem dzielenia się dobrą nowiną z innymi.

W poznawaniu Boga ważne jest, aby poświęcić czas na bezpośrednią łączność, rozmawiając z Nim i słuchając Jego głosu za pośrednictwem Jego Słowa. Jednak świadczenie jest tym trzecim sposobem poznania Go — dzięki wędrowaniu w różne miejsca i robieniu różnych rzeczy dla Niego, przez współpracy z Nim.

Na takiej samej zasadzie opierają się wszystkie kontakty. Niewiele przyjaźni opiera się jedynie na łączności słownej i dlatego niewiele przyjaźni ma szanse przetrwania. Poświęcamy czas na to, aby rozmawiać i słuchać tych, których kochamy. Zapoznajemy się jednak z nimi jeszcze lepiej, gdy pracujemy razem, razem podróżujemy, razem bawimy się. Mówi się, że istnieją dwa testy małżeństwa. Najpierw wytapetujcie razem łazienkę. Potem, jeśli nadal będziecie razem, starajcie się wspólnie posprzątać garaż. Jeżeli kiedykolwiek próbowaliście to zrobić, musicie sami przyznać, że dopiero wtedy, gdy wspólnie coś robicie, jesteście w stanie odkryć u swego partnera pewne cechy, których nigdy nie poznalibyście jedynie siedząc, rozmawiając i patrząc na siebie.

ŚWIADCZENIE TO...

Zanim pójdziemy dalej, ważną rzeczą jest, by pokrótce omówić, czym jest, a czym nie jest świadczenie. Czy mieliście kiedyś takie odczucie, że świadczenie to przede wszystkim wędrowanie od drzwi do drzwi obcych ludzi i opowiadanie im o Bogu? Czy nie sądziliście, że oczekuje się od was pozostawienia „bomby ewangelii” w wiejskich skrzynkach pocztowych lub też rozdawania czasopism ludziom, z którymi podróżujecie? A może oba-wialiście się, że zostaniecie poproszeni, aby zatrzymywać ludzi na ulicach czy na lotnisku i zabiegać o to, by przyjęli ewangelię?

Jeżeli kiedykolwiek odczuwaliście niepokój, myśląc o tym, i byliście przekonani, że się do tego nie nadajecie, witam was w klubie. Jednak mam dla was dobrą wiadomość! Jezus zaproponował uzdrowionemu człowiekowi z Gadary, aby poszedł do domu swoich przyjaciół i powiedział im, jak wielkie rzeczy uczynił mu Bóg. Nie oczekiwał od niego, że podejdzie do wszystkich osób, którzy byli świadkami jego uzdrowienia, lub będzie o tym opowiadał w dalekich krajach. Powiedział: „Idź do domu swego, do swoich”. Nie prosił go również, aby od razu udzielał lekcji biblijnych na temat proroctw i zasad wiary. Miał powiedzieć, co Jezus dla niego uczynił.

Z drugiej strony, ludzie czasami sprawiają wrażenie, iż są przekonani, że wcale nie trzeba mówić czegokolwiek, tylko po prostu stosować to, co nazywamy cichym świadczeniem. Przenieśmy się myślami jeszcze raz na salę sądową i popatrzmy, jak to działa.

Sędzia pyta: „Gdzie był pan w nocy dwudziestego siódmego kwietnia?”

Cisza.

„Pytałem, gdzie był pan w nocy dwudziestego siódmego kwietnia” — pyta ponownie sędzia.

Nadal cisza.

W końcu, tuż przed oskarżeniem cię o lekceważenie sądu, zdobywasz się na słowa: „Chciałbym być jedynie cichym świadkiem. Sądzę, że moja obecność tutaj, w sądzie, powinna być dowodem tego, jak bardzo jestem lojalny. Nie potrafię przemawiać, dlatego chcę być cichym świadkiem”.

Nie, świadek nie tylko ma coś do powiedzenia — on to musi powiedzieć! Nie ma wątpliwości jak ważne jest to w naszym chrześcijańskim świadczeniu, aby być uprzejmym, miłować i interesować się tymi, którzy potrzebują pomocy. Są jednak ateiści, którzy też potrafią okazać wiele uprzejmości i miłosierdzia. Aby świadczyć o Jezusie Chrystusie, musimy mieć coś do powiedzenia o Nim i o Jego miłości, jak i o tym, czego On dla nas dokonał. Kiedy opowiadamy innym, co On dla nas uczynił, a dobro naszych bliźnich jest przedmiotem naszej troski i zainteresowania, wywyższamy Jezusa.

TRZY ISTOTNE RZECZY

Apostoł Paweł napisał w Liście do Filipian: „Z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie”. A ty, jak sprawujesz swoje zbawienie? Jaki jest w tym twój udział? Co możesz uczynić? Trzy rzeczy. Możesz studiować Biblię i poświęcić czas na modlitwę — to dwie pierwsze z nich. Trzecia, to chrześcijańskie świadczenie. Tylko, że nie możesz zaangażować się w opowiadanie o tym, jakiego masz cudownego Przyjaciela w Jezusie dopóty, dopóki nie będziesz utrzymywał z Nim pełnych znaczenia kontaktów. Tak więc studium Biblii i modlitwa stają się absolutną koniecznością, jeżeli chcemy się zająć prawdziwym chrześcijańskim świadczeniem. Ale jest rzeczą nieuniknioną, że jeśli nie będziemy zaangażowani w chrześcijańskie świadczenie i służbę, pogorszy się nasze studium Biblii i modlitwa, i znajdziemy się w gorszym stanie, niż wówczas, gdy zaczynaliśmy.

Jezus opowiedział przypowieść, zapisaną w dwudziestym piątym rozdziale Ewangelii Mateusza, w której dał do zrozumienia, że jeżeli nie angażujemy się w pracę dla Niego i nie dzielimy się z innymi tymi dobrami duchowymi, które już posiadamy, utracimy i te dobra duchowe. W podsumowaniu tej przypowieści Jezus powiedział: „Każdemu bowiem kto ma, będzie dane, i obfitować będzie, a temu, kto nie ma, zostanie zabrane i to, co ma”. To dzielenie się Bożą miłością z innymi utrzymuje nas przy życiu.

Jeżeli nie będziemy wzrastać, umrzemy. I jest to prawdą zarówno w odniesieniu do przyrody, jak i życia duchowego. Roślina albo wzrasta, albo umiera. Pewnego dnia moja żona przyniosła do domu dwa różane krzewy. Zasadziliśmy je w najlepszej ziemi i starannie je podlewaliśmy. Jednak żaden z nich nie rósł. W końcu, gdy wyglądały tak, jakby uschły, jeden z nich przesadziliśmy na inne miejsce. Zaczął rosnąć. Przesadziliśmy i drugi, ale ten był już uschnięty. Mimo naszych wysiłków, nic go nie ożywiło. Roślina, która nie rosła, umarła.

Jezus powiedział na temat wzrastania: „Bo kto by chciał duszę swoją zachować, utraci ją, a kto by utracił duszę swoją dla mnie i dla ewangelii, zachowa ją”. To dzięki dawaniu innym, dzięki służbie wzrastamy, a gdy wzrastamy, życie duchowe trwa nadal.

POWODY DO TEGO, BY NIE ŚWIADCZYĆ

My, ludzie, mamy jednak wiele obaw i dlatego niechętnie angażujemy się w służbę dla innych. Pierwsza, to nasza duchowa niepewność. Trudno jest nam przekonać innych o tym, że Bóg przyjmuje ich takimi, jakimi są, jeżeli nie przekonaliśmy się o tym osobiście. Trudno nam przedstawić Jezusa innym, jeżeli sami Go nie znamy.

Drugą obawą jest lęk przed niepowodzeniem. Obawiamy się, że w naszym świadczeniu możemy nie odnieść sukcesu. Wolimy pozostawić świadczenie „zawodowcom”, którzy, jak sądzimy, wiedzą, jak czynić to właściwie, ale my nigdy ani nie odnieśliśmy ani sukcesu, ani nie doznaliśmy niepowodzenia. A przecież to nie my mamy się martwić o sukces, jedynie moc Ducha Świętego może zdobywać serca.

Trzecią obawą, która często nas powstrzymuje od świadczenia jest ta, że możemy udzielić niewłaściwych informacji, że nie jesteśmy tak dobrzy w teologii, by móc odpowiedzieć na wszystkie pytania i odeprzeć wszelkie zarzuty, z którymi możemy się spotkać. I tutaj znowu, jeżeli mówimy o świadczeniu, mając na myśli opowiadanie o tym, co Jezus dla nas uczynił, powinniśmy znać odpowiedź! Nie ma takiej potrzeby, żeby każdy chrześcijanin stał się teologiem, znawcą proroctw oraz znał język grecki i hebrajski, zanim będzie mógł powiedzieć komuś innemu o miłości i mocy Chrystusa.

Innym wielkim wrogiem świadczenia jest zarzut, że zajmuje ono czas. I tutaj znowu trudność tkwi w złym zrozumieniu, uważamy bowiem, że świadczenie jest dodatkiem do naszego planu i polega na wyjściu na zewnątrz i spędzaniu wielu godzin na rozmowach z obcymi lub przemierzaniu wielu dróg. Jednak dla kogoś, kto jest w stałej łączności z Jezusem i ma coś do powiedzenia, świadczenie jest sposobem życia. Rozmowa o Jezusie z rodziną i przyjaciółmi podczas naszych codziennych, wspólnych zajęć niekoniecznie wymaga poświęcenia na to dodatkowego czasu.

Jednak Bóg dał nam specyficzny dar czasu w celu doznania radości współpracy z Nim. Czas ten nazwany został sabatem. Z siedmiu dni tygodnia Bóg wybrał jeden i daje nam w tym dniu czas na komunikowanie się z Nim w szczególny sposób i na dołączenie do Niego w służbie dla innych. Czy twój przyjaciel, który jest chory, ucieszy się z zapowiedzianej wizyty, do jakiej nie doszło wcześniej, ponieważ nie miałeś czasu, aby go odwiedzić? Bóg dał ci na to sabat. Może masz samotnego sąsiada, którego chciałeś zaprosić, ale byłeś zbyt zajęty — Bóg dał ci na to sabat. A może miałeś zamiar zabrać swoje dzieci na łono natury, na wycieczkę nad jezioro, ale nie znalazłeś czasu — Bóg dał ci na to sabat. Bez względu na to, czy dzielimy się miłością Bożą z rodziną i przyjaciółmi, czy też idziemy, by dzielić się nią ze światem, co tydzień mamy ten szczególny czas — Bożą odpowiedź na problem znalezienia czasu w naszych pełnych zajęć planach, aby dotrzeć do innych.

A poza tym, Bożym zamiarem jest, żeby świadczenie i służba stały się sposobem życia. Będzie wtedy, i jest to prawda, więcej czasu na wyjście do innych i dzielenie się. Nasze świadczenie nigdy jednak nie może zostać ograniczone jedynie do tego czasu. W rzeczywistości bowiem, czy zdajemy sobie z tego sprawę czy nie, wydajemy świadectwo o Bogu przez cały dzień, we wszystkim, co czynimy. Naszym życiem, naszymi czynami, atmosferą, która nas otacza, świadczymy za lub przeciw Bogu. Gdy mamy żywe kontakty z Bogiem, nadadzą one nowy sens naszemu świadczeniu, i to zarówno temu w słowach, jak i bez słów. Zostanie ono wykorzystane przez Boga do obdarzenia Jego miłością tych, którzy znajdują się w zasięgu naszych wpływów.

INNE PROBLEMY BOGOBOJNEGO ŻYCIA

Jeżeli ktoś poświęcał codziennie pewien czas na ścisłą łączność z Bogiem, ale ostatnio zaniedbał się w tym — w dziewięciu przypadkach na dziesięć jest to wynikiem braku zaangażowania się w służbę dla innych. Są jednak i inne rzeczy, które mogą spowodować „krótkie spięcie” w kontaktach z Bogiem. Przyjrzyjmy się pokrótce niektórym z nich.

Jednym z problemów, z jakimi spotykają się ludzie w swoim życiu duchowym, jest brak systematyczności. Spędzają czas z Bogiem jedynie sporadycznie. W takich chwilach, gdy dostrzegają Jego miłość i akceptację, ich serca bywają poruszone, ale później są zbyt zajęci, by znów nawiązać z Bogiem kontakt. I tak mija jeden dzień, drugi, mijają nawet tygodnie bez kontaktowania się z Nim. A potem, zazwyczaj wtedy, gdy pojawia się w ich życiu jakiś problem lub popadają w kłopoty, ponownie zaczynają szukać Jezusa. Jednak po kilku dniach, kiedy kryzys mija, szybko zapominają o Bogu i lekceważą te kontakty. Nietrudno dostrzec bark duchowego wzrostu, gdy kontakty z Bogiem są jedynie zrywami. Czasami zastanawiają się, czy Bóg nie jest na nich zły i nie karze ich tym wszystkim, co im się przytrafia właśnie na skutek lekceważenia Go.

Zapominają jednak o tym, że gdy zaniedbujemy osobisty kontakt z Bogiem i więź z Chrystusem, nasz wróg najwięcej na tym korzysta. W Biblii czytamy nie tylko o Bogu, ale również i o Jego wrogu, szatanie. Z Pierwszego Listu Piotra, piątego rozdziału i ósmego wersetu, dowiadujemy się, że nasz przeciwnik, „diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając, kogo by pochłonąć”. Gdy lekceważymy kontakty z Bogiem, możemy być pewni, że wróg uczyni wszystko, co tylko możliwe, aby nie dopuścić do tego, byśmy ponownie odnaleźli sens w zacieśnianiu więzi z Jezusem, wie bowiem, że jest to nasze jedyne źródło mocy. Będzie się starał, żebyśmy byli zbyt zajęci, by znaleźć czas dla Boga. Sprawi, że w naszym życiu pojawią się wszelkiego rodzaju problemy. Zniszczy nas pokusami i grzechem, a potem powie, że nie mamy prawa wracać do Jezusa, jeżeli nie okupimy swojej winy wieloma tygodniami wiernej służby. Jednak po upływie zaledwie kilku dni spowoduje, że ponownie upadniemy. I może się to powtarzać i powtarzać, aż w końcu najsilniejszą nawet osobę ogarnie zniechęcenie.

Inny problem, który powoduje, że niektórzy ludzie przerywają swoją więź z Bogiem, to brak zrozumienia, czym jest wiara. Wiara to bardzo błędnie rozumiane słowo. Są ludzie, którym się wydaje, że wiara to coś, co sami wypracują, coś, co sami potrafią wytworzyć. Chciałbym jednak zasugerować, że wiara nigdy nie może być wypracowana przez kogokolwiek — wiara jest darem Bożym. Apostoł Paweł wyraźnie nam o tym powiedział.

Istnieją Kościoły, które opierają się na fałszywej przesłance, że wiara jest czymś, co sami możemy wypracować. Ludzie przejęli myśl, iż musimy ćwiczyć się w wierze, skłaniając samych siebie do uwierzenia, że coś się wydarzy. Wydaje się im, iż jeśli tylko potrafią wystarczająco mocno wierzyć, wówczas to, w co wierzą, że się stanie, stanie się na pewno.

MAŁA DZIEWCZYNKA Z PARASOLKĄ

Słyszałem pewną historię o małej dziewczynce, która przyszła na nabożeństwo do kościoła. Zgromadzili się tam ludzie, by modlić się o deszcz. Zboża schły na polach i bardzo potrzebny był deszcz. Mała dziewczynka przyszła z parasolką. Ludzie śmiali się z jej wiary.

Zaczęło jednak padać. Powiedzieli więc, że padało, ponieważ ta mała dziewczynka przyniosła parasolkę. Jeśli będziecie mieć dość siły i odwagi, aby przynieść swój parasol, będzie padać. Prawda jednak jest inna — to nie dlatego padało, że ona przyniosła parasolkę, ona przyniosła parasolkę, gdyż wierzyła, iż będzie padać. Czy dostrzegacie tu jakąś różnicę?

Apostoł Paweł w Liście do Efezjan napisał: „Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar”. Wiara jest darem Bożym. Nie wy ją wypracowujecie. Wiara to coś więcej niż wierzenie. Jest ona czymś więcej niż trzymaniem Boga za słowo, co wielu chrześcijan przyjęło za definicję. Wiara to ufność — a ufność rodzi się z łączności i znajomości Kogoś, kto jest absolutnie godny zaufania.

Niezrozumienie, że wiara jest ufnością, może doprowadzić do problemów w naszych kontaktach z Chrystusem. Fałszywa koncepcja wiary sprawia, iż oczekujemy od Boga, by w odpowiedni sposób działał i reagował na nasze prośby. A kiedy modlimy się i nie otrzymujemy odpowiedzi, jakiej się spodziewamy, lub kiedy w naszym życiu zdarzy się coś nieoczekiwanego, ulegamy pokusie, by zwinąć cały ten interes wiary.

Pewnego razu szedłem na spotkanie z człowiekiem, który był wielkim handlowcem. Mieszkał w mieście, w którym akurat prowadziłem publiczne wykłady, i ktoś powiedział mi: „Dlaczego go nie zaprosisz na spotkanie?” Pojechałem do jego domu, mieszczącego się gdzieś na skraju miasta, i zapukałem do drzwi. Otworzył mi, a kiedy usłyszał, kim jestem, palnął: „O, wy żałośni mówcy!” (tyle, że on powiedział bardziej dosadnie!)

Potem zaprosił mnie do siebie — ale nie miało to sensu! Wszedłem, ale gdy tylko usiadłem, on dał upust swojej złości i starał się mnie obrazić. Powiedział: „Rozmawiałem z zakichaną poduszką równie wiele razy, jak z jakimś zakichanym kaznodzieją, i nigdy nie otrzymałem żadnej odpowiedzi od obu” .

Zaniechał życia modlitewnego dlatego, iż spodziewał się, że będzie otrzymywał odpowiedź na swoje modlitwy. Jeżeli modlisz się jedynie dlatego, by otrzymywać odpowiedź, zrezygnujesz z życia modlitewnego wcześniej czy później.

Był taki czas, kiedy myślałem, że studium Biblii i modlitwa są celem same w sobie. Później jednak zrozumiałem, że to doskonałe sposoby, które dał nam Bóg po to, byśmy mogli się z Nim porozumieć. Jeżeli zdecydujemy się nawiązywać z Nim kontakty, chwytając się tych sposobów, poznamy Go. A kiedy Go poznamy, zauważymy, że ufność, którą żywimy do Boga, zrodziła się spontanicznie.

WIARA TO COŚ SPONTANICZNEGO

Jedną z istotnych cech prawdziwej wiary jest jej spontaniczność. Podobnie jest i z miłością. Czy próbowaliście kiedyś kogoś pokochać? Jak to jest? Nie można żywić uczucia miłości do kogoś jedynie przez chwilę, a potem nagle wyrzucić je z serca, nieprawdaż?

Jedno z najbardziej podstępnych zwiedzeń wroga polega na doprowadzeniu człowieka do tego, iż zaczyna on pracować nad czymkolwiek, byle nie nad poznawaniem Jezusa. Człowiek mówi: „Jestem zainteresowany religią. Jestem zainteresowany tym, by stać się chrześcijaninem”. A diabeł mówi: „No, no!” I powołuje komitet do spraw sposobów i środków, ale nie ma on nic wspólnego z pieniędzmi. Są to sposoby i środki odprowadzenia człowieka od poznawania Boga. Diabeł mówi: „Jeśli on ma zamiar upierać się przy tym, żeby być chrześcijaninem, to niech popracuje nad sprawiedliwością”. I zaczyna szeptać mu do ucha: „Jeśli masz zamiar być chrześcijaninem, musisz być dobrym człowiekiem. Musisz czynić to, co prawe. Dobrze by było, gdybyś tego spróbował! Jeśli nie powiodło ci się dzisiaj, jutro musisz starać się lepiej”.

Czy zdarzyło się kiedyś, iż tak bardzo staraliście się zasnąć, że w końcu całkiem się rozbudziliście? Albo tak rozpaczliwie walczyć z diabłem, iż staliście się do niego podobni? Zmieniamy się przez patrzenie.

Jeszcze raz przypomnę, że nad sprawiedliwością nie pracujemy. Sprawiedliwość przychodzi przez Jezusa i nie może być wypracowana. „A gdy kto spełnia uczynki, zapłaty za nie uważa się za łaskę, lecz za należność; gdy zaś kto nie spełnia uczynków, ale wierzy w Tego, który usprawiedliwia bezbożnego, wiarę jego poczytuje mu się za sprawiedliwość”.

Nie oznacza to, że sprawiedliwość nie przychodzi. Przychodzi ona jednak jako dar Boży, a nie jako wynik naszych własnych wysiłków. Gdy w końcu uświadamiamy sobie, że sprawiedliwość jest przez wiarę, wtedy szatan mówi: „W porządku — masz ją! Pracuj teraz nad nią. Staraj się wierzyć. Jeżeli będziesz dostatecznie mocno wierzyć, osiągniesz zwycięstwo albo otrzymasz taką odpowiedź na modlitwę, jakiej oczekujesz”.

Szatan jest jednak kłamcą — czytamy o tym w Ewangelii Jana. Prawda bowiem jest taka: zarówno sprawiedliwość, jak i wiara są owocem wspólnoty z Panem Jezusem Chrystusem. Wiara nie jest celem samym w sobie. Jest ona środkiem do celu. I zawsze pochodzi i wzrasta, w sposób naturalny, z żywych kontaktów z Jezusem.

Sprawiedliwość nie przychodzi do tych, którzy jej szukają. Sprawiedliwość przychodzi do tych, którzy szukają jedynie Jezusa. Wiara nie przychodzi do tych, którzy jej szukają, ale do tych, którzy jedynie szukają Jezusa.

Chcę zaprosić was dzisiaj do przyjęcia Tego, który daje prawdziwą, zbawiającą wiarę. Jest to podstawa całego życia chrześcijańskiego. Jest to zasada zbawienia. Polega ona na poznaniu Jezusa jako naszego osobistego przyjaciela. A dopiero kontakty i więź z Jezusem doprowadzają do tego wszystkiego, co Jezus ma w planie dla ciebie, zarówno w tym świecie, jak i na świecie, który ma nadejść.

DLACZEGO WSZYSTKO SIĘ PSUJE, GDY USILNIEJ SZUKAMY BOGA?

Inną jeszcze przyczyną zaniechania przez nas życia duchowego jest to, że często wtedy, gdy staramy się nawiązać kontakt z Bogiem, wszystko nagle zaczyna się psuć. Choć nie zawsze się tak dzieje, to jednak myślę, iż problem ten jest na tyle powszechny, że należy się nad nim zastanowić.

Gdybyś był diabłem i wiedział, że kontakty z Jezusem są podstawą życia i rozwoju chrześcijanina, to zapewne starałbyś się uczynić wszystko, co tylko możliwe, by zniechęcić go do poszukiwania Jezusa. Jednak pewna myśl sprawiła mi kłopot, gdy pojawiła się po raz pierwszy: Czyż Bóg nie jest wystarczająco potężny, żeby mnie od tego uchronić?

Odpowiedź na to pytanie jest fascynująca, a odnaleźć ją można w pierwszych dwóch rozdziałach Księgi Joba. Sięgnijmy do tej historii, rozpoczynając od pierwszego rozdziału: „Otóż zdarzyło się pewnego dnia, że przybyli synowie Boży, aby się stawić przed Panem, a wśród nich przybył też i szatan. I rzekł Pan do szatana: Skąd przybywasz?

A szatan odpowiedział Panu, mówiąc: Wędrowałem po ziemi i przeszedłem ją wzdłuż i wszerz. Rzekł Pan do szatana: Czy zwróciłeś uwagę na mojego sługę, Joba? Bo nie ma mu równego na ziemi. Mąż to nienaganny i prawy, bogobojny i stroniący od złego”. Szatan oświadczył: Ja jestem na ziemi. Ja jestem tu panem. A Bóg stwierdził: Ty nie jesteś panem każdego. Czy pomyślałeś o moim słudze, Jobie?

„Na to szatan odpowiedział Panu, mówiąc: Czy za darmo jest Job tak bogobojny? Czy ty nie otoczyłeś go zewsząd opieką wraz z jego domem i wszystkim, co ma? Błogosławiłeś sprawie jego rąk i jego dobytek rozmnożył się w kraju. Lecz wyciągnij tylko rękę i dotknij tego, co ma; czy nie będzie ci w oczy złorzeczył? Na to rzekł Pan do szatana: Oto wszystko, co ma, jest w twojej mocy, tylko jego nie dotykaj! I odszedł szatan sprzed oblicza Pana”. W czym tkwił problem? Szatan zarzucił Bogu, że Job służy Mu jedynie dlatego, iż otrzymał od Niego bogactwo i błogosławieństwo, nieprawdaż? Z takim zarzutem przeciwko Bogu wystąpił szatan. I przynajmniej w przypadku Joba Bóg w swej mądrości uznał, że najlepiej będzie, gdy pozwoli szatanowi, by spróbował udowodnić swoją rację. I Bóg mu pozwolił. Szatan przyszedł więc uzbrojony po zęby, jeśli tak można powiedzieć, i zabrał wszystko, co Job posiadał.

Niestety Job źle to zrozumiał. Uważał, że to Bóg zabrał wszystko, co posiadał. Bóg często spotykał się z niezrozumieniem. Jednak mimo to, że Job źle zrozumiał Boga, nie został jednym z głupców. Nadal Mu ufał. Musiał znać Boga wystarczająco dobrze, by mieć podstawę do okazywania Mu takiego zaufania, którym nie mogło zachwiać nawet niezrozumienie Boga.

Przejdźmy teraz do rozdziału drugiego: „I zdarzyło się pewnego dnia, że przybyli synowie Boży, aby się stawić przed Panem; wśród nich przybył też i szatan, aby się stawić przed Panem. I rzekł Pan do szatana: Skąd przybywasz? A szatan odpowiedział Panu, mówiąc: Wędrowałem po ziemi i przeszedłem ją wzdłuż i wszerz. Rzekł Pan do szatana: Czy zwróciłeś uwagę na mojego sługę, Joba? Bo nie ma mu równego na ziemi. Mąż to nienaganny i prawy, bogobojny i stroniący od złego, trwa jeszcze w swej pobożności, chociaż ty mnie podburzyłeś, abym go bez przyczyny zgubił. Na to szatan odpowiedział Panu, mówiąc: Skóra za skórę! Wszystko, co posiada człowiek, odda za swoje życie. Lecz wyciągnij tylko rękę i dotknij jego kości i jego ciała, a na pewno będzie ci złorzeczył w oczy. Na to rzekł Pan do szatana: Oto jest w twojej mocy, tylko jego życie zachowaj. I odszedł szatan sprzed oblicza Pana, i dotknął Joba złośliwymi wrzodami od stóp aż do głowy”. Jednak Job nadal trwał w wierności dla Boga.

Natomiast pani Hiobowa nie. Hiob stracił wszystko, co miał, oprócz swojej żony. Szatan jednak wiedział, że w jego rękach będzie ona użytecznym narzędziem. Gdy tylko ją pokonał, pewnie usiadł sobie i śmiejąc się gratulował swoim pomocnikom, przypominając im, że jeśli nadal będą tak się starali, zdobędą również Joba.

HIOB, CZĘŚĆ DRUGA

Nie patrzmy na opowiadanie o Jobie tylko jako na pewną lekcję historii. Może ona bowiem nauczyć nas ważnej prawdy o tym, dlaczego wydaje się nam, że wszystko wokół rozpada się na kawałki, kiedy usilniej szukamy Boga. Chciałbym nadmienić, że wcześniej czy później doświadczenie Joba ma miejsce w życiu każdej osoby. Możecie doświadczyć tego, czego doświadczył Job w pierwszym, drugim, czy którymś z kolei okresie. Wygląda to mniej więcej tak: szatan wie, że utrzyma nas w swoich szeregach, jeśli tylko uda mu się trzymać nas z daleka od osobistych kontaktów z Bogiem. Nie martwi się wiele o to, co mamy robić lub nie. Często nie tyle cieszy się z tego, że czynimy źle, ile z tego, że chociaż nie czynimy zła, to staramy się go unikać o własnych siłach. Szatan najwidoczniej decyduje arbitralnie o tym, kogo pozostawić na tronie, a kogo stoczyć do rynsztoku. Człowiek równie łatwo może być zgubiony, wychwalając się swymi sukcesami, o ile zostały one odniesione dzięki jego osobistym wysiłkom podejmowanym z dala od Jezusa, jak tarzając się w występku.

Tak więc szatan najprawdopodobniej nie martwi się zbytnio o to, do jakich złych rzeczy nas namawia. Natomiast obgryza sobie paznokcie u rąk, gdy zastanawia się, czy dana osoba utrzymuje więź z Bogiem i trwa w łączności z Nim czy też nie. Jest niemal chory ze zmartwienia, gdy widzi, że człowiek zaczyna się interesować otrzymaniem zbawienia przez wiarę, wie bowiem, że to właśnie pokona go na długim dystansie.

Tak więc, gdy zaczynamy się interesować poznaniem Boga, diabeł zwołuje szybko swój komitet do spraw sposobów i środków, aby nie dopuścić do tego. Równocześnie wygraża pięścią Bogu i stawia Mu takie same zarzuty, jak w przypadku Hioba. Mówi: „Widzisz tę osobę? Ona szuka cię z samolubnych pobudek. Chce się dostać do nieba. Chce się pozbyć wrzodów na żołądku i chce mieć w sercu ten pokój, który mają inni chrześcijanie. Chce rozwiązać swoje problemy i otrzymać odpowiedź na swoje modlitwy. Wcale Cię nie szuka z miłości. Poszukuje Cię tylko dlatego, że chce coś dostać”.

Następnie mówi swoim diabłom, aby wytoczyli na nas wszystkie beczki materiałów wybuchowych. Mówię o tym z osobistego doświadczenia, ponieważ trzeba być złodziejem, aby złodzieja poznać! Gdy pierwszy raz zacząłem poszukiwać prawdziwego doświadczenia z Bogiem, wszystko wokół rozpadało się na kawałki. Można by mówić o kłopotach — zdrowotnych, finansowych, rodzinnych, i nie tylko. Diabeł przychodzi osobiście z każdą pokusą, jaką potrafi wymyślić, i sprawia, że upadamy, a czasami zaczynamy prowadzić gorsze życie niż prowadziliśmy dotąd. A mimo faktu, że poszukujemy Boga, poświęcając czas na studiowanie Jego Słowa i przychodzenie do Niego na kolanach w modlitwie, wszystko się wali.

A wiecie, co ja zrobiłem, kiedy to się wydarzyło po raz pierwszy? Wieczorem powiedziałem: „No, to nie działa!”. Kolejnego dnia postanowiłem dać sobie z tym spokój.

Zgadnijcie, co się stało. Miałem wspaniały dzień! Wszystko poszło gładko. I nawet nie „zgrzeszyłem”. Wieczorem pogratulowałem sobie dobrego życia, jakie owego dnia prowadziłem. A diabeł wrócił do swojego komitetu sposobów i środków i razem ze swoimi kompanami mieli tam wesołe spotkanie! Ich strategia zadziałała.

Miałem studenta, który raz mi powiedział: „Przestałem być chrześcijaninem dwa tygodnie temu i od tego czasu nie zgrzeszyłem”. Często zauważamy, że w momencie zerwania kontaktów z Chrystusem sprawy pozornie się poprawiają. Jakby znikały nasze problemy.

Właśnie wtedy myślisz sobie, że diabeł pozostawi nas samych. Jednak jako grzesznika numer jeden we wszechświecie szatana cechuje szczególny brak samokontroli. I tak przez kilka tygodni pozostawia mnie samego, ale ma mnie dla siebie, ponieważ nie szukam Boga, nie modlę się, nie zastanawiam się nad Słowem Bożym. A potem ponownie przychodzi — tym razem tak dla zabawy. Nie uszczęśliwia go widok zgubionego człowieka, chciałby go widzieć w rynsztoku. Tak więc, gdy po tygodniu lub dwóch powraca i przysparza problemów, doprowadza do tego, że padam na kolana. Czy zdarzyło wam się to już kiedyś? Mówimy: „Coś mi się wydaje, że mimo wszystko potrzeba mi tego doświadczenia z Bogiem. I ponownie zaczynamy szukać Boga. Wtedy diabeł naprawdę się denerwuje. Jeszcze bardziej obgryza paznokcie, skarży się swoim pomocnikom i mówi: „Co się z wami ostatnio dzieje?” I wtedy ponownie przychodzą do nas ze wszystkim, co mają.

Gdyby diabeł był dość sprytny, pozostawiłby niektórych z nas samym sobie i miałby nas o wiele wcześniej. Jednak on ciągle nam dokucza, aż nabraliśmy zwyczaju uciekania się do Boga. On zaś potrafi niektóre manewry diabła obrócić ku swej chwale, czyż nie tak?

TAJEMNICA HIOBA

Nie cierpię przyznawać się do tego, ile razy tego doświadczyłem. Aż pewnego dnia zaświtało mi w głowie, co się właściwie dzieje. Przypomnijcie sobie, co mówiliśmy o Hiobie. Jaka była jego tajemnica? W wielkim boju z szatanem udowodnił on wszechświatu i przeciwnym Chrystusowi mocom, że nie służył Bogu z samolubnych pobudek, ale z miłości. Wtedy też Bóg mógł obdarzyć go swymi błogosławieństwami i zmusić diabła do ucieczki. A na koniec Bóg błogosławił Hiobowi w dwójnasób.

Czego możemy nauczyć się z historii o Hiobie? Gdy diabeł występuje z oskarżeniem, że nasze motywy poszukiwania Boga są samolubne, Bóg pozwala szatanowi na to, by udowodnił, czy ma rację. Nasze motywy postępowania muszą zostać objawione nam samym, diabłu i całemu wszechświatu. Bóg zawsze jest w porządku, nawet w stosunku do diabła. Lecz nadejdzie taki dzień, gdy ugnie się każde kolano i każdy język wyzna, że Bóg zawsze był w porządku i że jest sprawiedliwy. Nawet sam szatan padnie na kolana i przyzna, że Bóg nigdy nie postąpił wbrew samemu sobie.

W porządku. Tak więc zaczynam szukać Boga, a szatan mówi: „On Cię szuka jedynie z samolubnych pobudek. A ja zostałem usunięty z nieba z powodu samolubstwa. Nie możesz pomóc mu już bardziej”. I Bóg stawiany jest w trudnej sytuacji. A jedyną osobą, która może udowodnić, kto ma rację — Bóg czy diabeł — jesteś ty lub ja.

Czy wiesz, co stało się wieczorem owego dnia, gdy wszystko poszło źle i powiedziałem: „No, to nie działa”. Zasnąłem i spałem aż do rana. Po czyjej stronie się znalazłem? Przyznałem rację diabłu. Gdy nie wszystko poszło tak, jak planowałem, zapomniałem szukać Boga i szatan, w moim przypadku, był całkowicie w porządku. Jednak gdy w końcu zaświtało mi w głowie, co się dzieje, zrozumiałem, dlaczego Bóg musiał mu pozwolić na to, aby mnie doświadczał. Zrozumiałem, że moje motywy poszukiwania Boga były niewłaściwe.

Jednak ja sam nie potrafię zmienić moich motywów. Samolubne serce nie potrafi się samo zmienić. Jest tylko jedno miejsce, gdzie to się może stać — u stóp Jezusa.

Tak więc, gdy wnikniemy w istotę sprawy, padamy na kolana i mówimy: „Panie, znam już mój problem. Proszę, udziel mi swej łaski, abym mógł zmienić moje motywy i zaczął Cię szukać ze względu na Ciebie samego, a nie na mnie?” Czy nie chcielibyście poszukiwać Boga ze względu na Niego, zamiast ze względu na siebie? Czy nie chcielibyście poszukiwać Boga w odpowiedzi na Jego miłość, zważywszy na to, co Jezus uczynił dla nas na krzyżu? Czy nie chcielibyście szukać wspólnoty i łączności z niebem bez względu na to, co dzieje się w waszym życiu? Gdy to uczynicie, zaczniecie doświadczać tego, czego doświadczył Job w swoim życiu.

Pewnego dnia ujrzycie, jak Bóg podchodzi do diabła i pyta: „Co słychać?” (wybaczcie mi, proszę, że wkładam te słowa w usta Boże).

A diabeł odpowiada: „Daję mu wszystko, co posiadam”.

I wtedy Bóg mówi: „Wiem, bo ci się przyglądałem. Jednak on nadal stara się nawiązać kontakt z niebem, czyż nie?”

Diabeł zaczyna się wiercić.

Bóg pyta więc: „Czy jest to możliwe, że człowiek ten szuka mnie, ponieważ docenia to, co uczynił mój Syn? Czy to możliwe, że szuka mnie z miłości, a nie z samolubnych pobudek?”

I wtedy diabeł znika gdzieś w oddali. Nie ma już nic do powiedzenia.

UDOWADNIAJĄC, ŻE BÓG MA RACJĘ

Bóg twierdził, że Job Go miłował i dlatego był Mu wierny. A Job udowodnił, że Bóg miał rację. Jest to także moim przywilejem — i ja mogę udowodnić, że i tym razem Bóg ma rację. „Boże, dopomóż nam, byśmy Cię szukali z miłości i poddali Tobie swoje samolubne motywy”. Tylko wtedy Bóg może przyjść do nas ze wszystkimi błogosławieństwami i mocą z nieba, a właśnie tego tak bardzo pragnie.

* * *
opracowanie tekstu © 2001 R. Chalupka, A. Samusionek