Autorska płyta Mariusza Zawieruchy opowiada o cudzie życia na każdym jego etapie... W oczach Bożych jesteś cudem!

Babcia Franciszka

Przeglądam właśnie nowy, ścienny kalendarz, który na jakiejś lekcji religii otrzymał Piotruś, mój syn, i myślę, jak zwykle przy takiej okazji, czy też kolejnych urodzin, że czas leci... Migają mi przed oczyma imiona, różne święta, państwowe i kościelne... Zaznaczam ołówkiem ważne daty, aby nie przeoczyć czegoś istotnego. Kalendarz, będący upominkiem dla milusińskich, jest ilustrowany na każdej stronie „dzieciństwem” — małymi, słodkimi kaczuszkami, kotkami czy pieskami... Na miesiąc styczeń przypada śliczna, biała foczka na krze lodowej. Zaginam kartkę ze styczniem, wieszam na ścianie i jak w mądrym, niemieckim przysłowiu postanawiam w tym roku „liczyć tylko jasne dni — trzeba naśladować zegary słoneczne”... Jeszcze raz zerkam na styczniowe prostokąciki z datami oraz imionami i zatrzymuję wzrok na 21 stycznia. Jest to Dzień Babci i Dziadka...

W moim macierzystym kościele, o ile sobie przypominam, akcentowano Dzień Matki. Dzieci śpiewały jakieś piosenki, recytowały wierszyki, rozdawały laurki... O dziadkach chyba nie pamiętano.

BABCIA FRANCISZKA

Zwierzątka z kalendarza przywołały na pamięć moje własne dzieciństwo, dzieciństwo z ukochaną, czułą i mądrą babcią Franciszką. I ogród... Mój ogród — tajemniczy raj wczesnego dzieciństwa... Zawsze go widzę przed zaśnięciem — wyłania się powoli, otulony letnią, poranną mgłą. Pamiętam każde drzewo, każdy kwiat... rabatki, czuję zapachy... Długa alejka z bajecznie kolorowymi daliami przecinała cały ogród, po prawej stronie rosły gladiolusy, astry, nasturcje, maciejka... Pachnący groszek, śliwa węgierka, warzywa, sadzawka, orzech laskowy... Na końcu usadowiły się krzewy agrestowe i drzewa morwowe, które zamykały równym szpalerem całe to botaniczne królestwo. Morwy rodziły słodkie, lepkie owoce, podobne do malin, trochę dziwne w smaku — uwielbiałyśmy je z moją młodszą o rok siostrą.

Niezwykłą osobowość babci Franciszki doceniłam dopiero po wielu, wielu latach... Wniosła do naszego dzieciństwa miłość, czułość i cały barwny świat jej rodzinnej Zamojszczyzny (źle znosiła „przesadzenie” na Ziemie Odzyskane, gdzie mieszkaliśmy). Mówiła wspaniałą gwarą i do tej pory żałuję, że nie nagrałam jej opowieści. Babcia Franciszka nigdy nie kłamała, pracowała, aby „komuś służyć”. Nigdy nie skończyła żadnej szkoły, bo takiej możliwości nie dała jej ani rodzina, ani historyczne okoliczności. Czytać nauczyła się sama. Robiła to z ogromnym zapałem. Niosła w sobie pokorę przefiltrowaną przez doświadczenia z dwóch przeżytych wojen światowych, głód, nędzę... Nigdy nie narzekała.

Uwielbiała przytaczać ludowe przysłowia, które zawsze były trafne w danej sytuacji. „Bez Boga ani do proga” — brzmiało jedno z ulubionych babcinych porzekadeł. Jako dziecko nie za bardzo rozumiałam głębię owego powiedzenia, zwłaszcza „do proga” wydawało mi się zupełnie absurdalne. „I dlaczego babcia Franciszka czyta codziennie tę samą książkę? Co za nuda!” A ona powoli wyjmowała tajemniczą książkę, przechowywaną w szufladce, w której składała również odświętne chustki na głowę, otwierała ją i w okularach na nosie zatapiała się w lekturze. Był to Nowy Testament.

W myślach nazwałam ją później „adwentową katoliczką”. Żyła zgodnie z tym, co napisano — ani krok w prawo, ani krok w lewo... Droga babci Franciszki była prosta. Szła przez życie z ufnością dziecka. Była pod tym względem fenomenem.

W późniejszym wieku zastanawiałam się niejednokrotnie, jak ona to robiła, że nie martwiła się o pieniądze, op rzyszłość — nie miała przecież żadnej renty ani emerytury! To prawda, że córki zaspokajały wszystkie potrzeby związane z jej utrzymaniem, ale nigdy, nigdy nie zauważyłam u niej choćby śladu chęci posiadania czegokolwiek — pieniędzy, majątku. Żadnego, nawet najdrobniejszego śladu chciwości! Niepojęte! Babcia Franciszka po prostu sobie trwała — uśmiechnięta, pogodna, życzliwa ludziom i światu. „Dzielcie się, dzieci, dzielcie” — powtarzała często. Była spokojna — ufała Jezusowi, Najwyższemu.

Zanurzona we wspomnieniach o babci Franciszce i ogrodzie wracam z powrotem do rzeczywistości z następującą konkluzją: przecież to jej zawdzięczam tak wiele — wiarę w Boga, radość życia, otwartość na ludzi, ciekawość świata — właśnie jej! Prawie cały szkielet mojej osobowości!

„DAJCIE MI DZIECI DO LAT PIĘCIU...”

Socjolog? Pedagog? Psycholog? Nie pamiętam, jaką dziedziną zajmował się autor poniższej wypowiedzi: „Dajcie mi dzieci do lat pięciu, a zrobię z nimi to, co tylko chcecie — otrzymacie społeczeństwo według oczekiwań i życzeń!” Wypowiedź troszkę butna, ale czy daleka od prawdy?

Przypominam sobie oglądany chyba przed ośmiu laty program telewizyjny pod tytułem „Godzina szczerości ze Stefanem Stuligroszem”. „Babce, mojej babce zawdzięczam miłość do muzyki — wyznał z rozrzewnieniem profesor Stuligrosz, twórca i wieloletni dyrygent znanego w kraju i za granicą chóru »Poznańskie Słowiki«. — To ona prowadziła mnie na różne koncerty chórów, uroczystości ludowe; osłuchałem się różnych przyśpiewek, pieśni, podczas rodzinnych »muzykowań«, tradycji żywej i silnej u mnie, w Poznańskiem (...). I jestem tym, kim jestem — muzykę wessałem już w dzieciństwie”.

A wspomnienia ogromnie popularnej w latach siedemdziesiątych spikerki? Czyż nie są kolejnym dowodem, że czym skorupka...? „Praktycznie największy wpływ na moje wychowanie miał dziadek — zwierzyła się dziennikarce prezenterka. — Ojciec zginął w Katyniu. Matka nie mogła mnie wychowywać. Zajmowali się mną dziadkowie. Dziadek pasjonował się historią i filozofią Dalekiego Wschodu. Ze swojej bogatej biblioteki wyciągał jakieś książki, pokazywał rysunki, rozmawiał ze mną jak z dorosłą osobą. Dzięki temu, w wieku lat pięciu, poznałam słowo »transcendentalny«”.

Mózg dziecka jest bardzo chłonny, czysty, dziewiczy, wrażenia odbiera silnie i jak pieczęć pozostają one na całe życie. Tak chętnie obserwowany fenomen japońskiego cudu gospodarczego, często opisywany przez dziennikarzy i socjologów, akcentuje czasami pewien, wydawałoby się, mało znaczący szczegół. Otóż kadra japońskich przedszkolanek to elita pedagogów, starannie dobieranych i charakteryzujących się najwyższym poziomem wykształcenia. Gęste sito wyłapuje dla małych Japończyków same diamenty.

I chociaż proces wychowania trwa długo, niektórzy twierdzą, że egzaminu z wychowania nie możemy zaliczyć wtedy, kiedy nasze dziecko ma lat szesnaście czy dwadzieścia. „Zapytaj — stwierdził pewien psycholog — co robi twoje dziecko w wieku lat... trzydziestu sześciu!!!” Wpływ otoczenia i późniejszych zdarzeń niszczy często dobre zasady, niweluje szczere chęci rodziców i wychowawców.

Wiara w Boga wpojona mi przez babcię Franciszkę, kiedyś tam, gdy byłam nastolatką, zaczęła również zanikać. Młodzieńczy bunt, przekora... W każdym razie na studiach filologicznych Księgę Rodzaju i Ewangelię Mateusza, lektury obowiązujące, czytałam jako osoba nie wierząca w Boga. W najlepszym przypadku udawałam, że Go nie ma... Tak do końca nie byłam pewna Jego nieistnienia. Chociaż na wszystkie możliwe sposoby i wszelkimi metodami usiłowałam Go uśmiercić. Początkowo było mi z tym wygodnie. Czułam się jak w sportowym aucie — mknę trasą szybkiego ruchu nie zważając na żadne przepisy ruchu drogowego. Potem było coraz trudniej — gorszy samochód, droga wyboista, kocie łby, no i... koniec. Wysiadamy! Dalej tylko pieszo, samotny marsz Zosi Samosi na Mount Everest... Po co mi On? Wysokogórska szarża przez życie bez maski, tlenu, na zważając na groźne pomruki yeti... Ja sama, sama...

— ... ani do proga — słyszałam czasami.
— Dam sobie radę! Biegiem! Do przepaści...

Rzuconą linę złapałam dosłownie w ostatniej chwili. On, jak najlepszy ratownik z pogotowia wysokogórskiego, znalazł mnie. Asekurował. Zdążył, jak zwykle. Córka marnotrawna wróciła z wysokogórskiej wycieczki. „Bez Boga ani do... proga”. Miałaś rację, babciu Franciszko! Przyjęłam Chrystusa w wieku trzydziestu trzech lat. Babcia Franciszka już od dziesięciu lat nie żyła. Jej egzemplarz Nowego Testamentu należy do moich najdroższych pamiątek. Przecież nie miała żadnego majątku, nie rozdała nic dzieciom i wnukom... Tylko (?!) ten uśmiech, wiarę, ufność... Babcia Franciszka — mistrzyni pozytywnego myślenia, tak mogę ją dzisiaj określić. Dzięki tobie niestraszne mi już mruczenie yeti... Mogę liczyć tylko jasne dni.

Zamykam oczy. Jest! Znowu się pojawia! Eden mojego dzieciństwa. Śliwa węgierka, pachnący groszek, astry, nasturcje, gladiolusy... Długa, długa alejka z pięknymi, różnokolorowymi daliami. Dwie dziewczynki otwierają furtkę do ogrodu. Wkraczają ostrożnie w daliową alejkę. Za nimi — szczupła, lekko zgarbiona, starsza kobieta... Idą powoli rozglądając się dokoła, mijają sadzawkę, orzech laskowy, krzewy agrestu — idą do końca, daleko, by jeść słodkie morwy.